czwartek, 28 lipca 2011

Wołam o sen...


      Za oknem deszcz przesiewa ciemność karmiąc źrenice szarym, ponurym świtaniem. W piersi kłębią się smutki, rozterki i niepokoje straszące widmem niepewnego losu przyszłych dni, miesięcy, lat. Obolałe ciało krzyczy o wytchnienie targane od wewnątrz olbrzymią siłą, która rozsadza stawy, naciąga mięśnie i jakby lawiną kamieni kruszy kości. A tymczasem ja w tej niewygodzie ciała, zamartwieniu ducha i bólu głowy wołam o sen… głęboki, spokojny sen.


wtorek, 19 lipca 2011

Budzący emocje - John Bauer




John Bauer ( 1882 – 1918) to jeden z moich ulubionych ilustratorów.  Jego prace przepełnione są mistycznym duchem, baśniowym światem pełnym piękna, cudów i niepokoi.  Zapraszam serdecznie do zapoznania się z jego twórczością.

 

© John Bauer
Princess Tuvstarr



© John Bauer
The Coronation of the Queen



© John Bauer
Lena Held Up the Key



© John Bauer
Alvida's window



© John Bauer
Leap Elk



© John Bauer
She Gave Her Petticoat to the Eagle



© John Bauer
He found her hiding in a tree



© John Bauer
You Mean this Magic Herb


..........

niedziela, 17 lipca 2011

Odbicia...



      Od dziecka  uwielbiałem wpatrywać się w odbicia, które stawały się dla mnie magicznymi światami. Obrazami żyjącymi własnym rytmem, światłem, kolorem, fakturą. Obrazami nieskalanymi przez szarą rzeczywistość. Być może i groteskowymi, takimi na które spogląda się przez palce, strasznymi i niepokojącymi. Kiedy pierwszy raz wziąłem do ręki aparat, (wówczas był to Zenit) postanowiłem wykorzystać moje zauroczenie tymi często mglistymi odzwierciedleniami. Powstało wtedy kilka fotek, które niestety po latach pozostały już jedynie w pamięci mojej… no i może kilku jeszcze osób.  Dziś, teraz powróciły do mnie nadając nowy wymiar tejże fascynacji. 

 Zdjęcia, które będę prezentować z tej serii są czystymi, nieprzerabianymi, niefakturowanymi obrazami powstałymi poprzez odbicie w przeróżnych  materiach takich jak; szkło, woda, metal... Serdecznie zapraszam do tychże moich skrawków odrealnionej rzeczywistości.


Bo odbicia zaklinają mnie jak stara pieśń…


© NordBerd

                                                 Więcej można zobaczyć TUTAJ 

Oczywiście Wszystkich chętnych na sesje fotograficzną serdecznie zapraszam :). Zgłoszenia lub pytania proszę przesyłać na nordberd@wp.pl


czwartek, 14 lipca 2011

Jara Ofiara…

  

      I słało się. „Bogi moje” , bożki i żywiołaki zlitowały się nade mną, tym pełzającym po grzbietach desek starej podłogi małym robaku piszczącym o zmiłowanie. Niebo zaszło chmurami, z chmur pokapało, a ja mogłem wynurzyć się z nory i nacieszyć obcowaniem z naturą. Gdy wracałem usłyszałem w głowie jakiś głos. Szeptał natarczywie: złóż ofiarę… złóż ofiarę… najlepiej dziewicę. Czemu by nie? Będzie wesoło. Pomyślałem sobie: tylko skąd ja tu do diabła znajdę nietkniętą. No w sumie jest… Sydonia... co prawda z niej to raczej dziewica wątpliwej jakości! Ale co tam, myślę sobie, z braku laku dobry kit. Zacząłem przygotowywać się do łowu. W tym celu zebrałem:
- Starą rybacką siatkę szt.2
- Wojskowy sznur metrów 6
- Zachętę w postaci wafelków z nugatowym nadzieniem sztuk 10
- Tabliczkę pełnomlecznej czekolady z rodzynkami 
 -Orzechy z miodem  
i taśmę na krokodyla
     Gdy S. krzątała się po pokoju na piętrze, ja naciągnąłem na twarz czarne rajstopy, założyłem starą, zieloną pałatkę wojskową, noszoną niegdyś przez dziadka i zacząłem wdrażać plan życie, by zdążyć przed północą. Przyczajony za drzwiami spiżarki czekałem cierpliwie… długo nie musiałem. Zwabiona unoszącym się w powietrzu aromatem parzonej kawy, wątpliwa dziewica ukazała się w kuchennych drzwiach. Spojrzawszy na talerzyk wyściełany słodkościami zatrzymała się na chwilkę, westchnęła przeciągle i gnana nieodpartą pokusą wyciągnęła rękę po łakocia. W tym momencie zaatakowałem zarzucając na ofiarę sieci. Ciszę przeciął krzyk panny, a raczej upiorny jej wrzask przypominający ryk wydobywający się z gardzieli ogromnego jelenia. Ogłuszający i nie rokujący nic dobrego. Półdziewica zesztywniała, czułem jak napręża mięśnie kumulując w nich całą siłę, jak nabiera w miechy płuc olbrzymią ilość powietrza. Przycisnąłem się mocniej, by uniemożliwić jej… a raczej zminimalizować wszelkie ruchy mogące doprowadzić do oswobodzenia. Półdziewica wypluwając niecenzurowane słowa wyrzuciła w tył ręce jak drapieżny ptak skrzydła, strącając mnie z pleców. Nim zdążyłem ponownie unieruchomić S. uściskiem ciała, ta wykonawszy obrót wbiła mi szpony w piersi. Zawyłem jak kopnięty pies zginając się w pół. Kolejny skowyt i ból, tym razem wczepiła się paluchami w łeb i targała… trzepała nim jak marakasem. Pomyślałem sobie – Norbercie… łatwo nie będzie. Rozrzuciłem ręce w bok i na oślep, po omacku próbowałem chwycić drapieżcę za kłaki. Po nieskończenie długiej chwili udało mi się. Bestia krzyczy… ja krzyczę… pies szczeka. Bestia szarpie się niemiłosiernie warcząc i plując. Psina Halina wciska się między nas próbując rozdzielić. W końcu Półdziewica wypuszcza z uścisku mój łeb… ja również uwalniam jej czuprynę. Prostuję się i zamieram. Wiem, że to nie koniec. Z oczu jej wyziera wściekły demon, z ust sączy się ślina. Na ten widok przypomniał mi się stary, dobry film „Noc żywych trupów”. Na raz chce mi się śmiać, ale szybko opuszcza mnie humor gdy dostrzegam stopę zbliżającą się w kierunku krocza mego. Wszystko dzieje się jak na zwolnionym filmie. Widzę stopę, bliżej i bliżej. Przyglądam się starannie pomalowanym na bladą moccę paznokciom i… próbuję odskoczyć, przecież mam czas, tą sekundkę. Ale nie!!! Człowiek mój odmawia posłuszeństwa stojąc jak wryty. Wykop trafia celnie i gooool. Ajajajaj, co to był za strzał. Zginam się w pół z wiszącym gilem i łzawieniem z oka. Leżę na podłodze zwinięty w kłębek. Leżę i kwiczę. Kwiczę i czuję jak S. próbuje zerwać przyciasną rajstopę z mojej facjaty. Czuję jak nos upodabnia mi się do świńskiego ryjka, powieki boleśnie nasuwają się na czoło, a cała twarz zmierza uparcie w kierunku czaszki. Matko, myślę sobie, z głupiego żartu wyjdę oskalpowany i z gębą jak Quasimodo. Próbuję coś powiedzieć, ale naciągnięta do bladości górna warga i nasunięta na zęby dolna pozwoliły jedynie na wydobycie mizernego bełkotu. Przez głowę przelatują mi dziesiątki myśli. Szukam możliwości porozumienia się z S. …dania jej jakiegoś znaku, że „Ja” to JA!!! W końcu błysk …wysuwam z rękawa lewą rękę na której noszę własnej roboty bransoletkę… wysuwam i macham niczym tą flagą białą… macham i słyszę z jej ust
- Ty durniu!- i… i gwałtowne pukanie do drzwi. - Kuźwa myślę sobie co? Kto? - Przecież na tym końcu świata nie ma żywej duszy, nie licząc mieszkającego niedaleko leśniczego, ale ten o tej porze pewnie pokłada się w ramionach Morfeusza. Pocieszającym był fakt, że Sydonia rozpoznała, zaprzestała szarpania i zniknęła w korytarzu.
- Moniś, czy wszystko jest w porządku?- Słyszę głos znajomego ochroniarza, który opiekuje się obiektami wojskowymi.
- tak… wszystko jest ok. – odpowiada Sydcia radosnym głosem.
- Usłyszałem krzyki przechodząc… postanowiłem zajrzeć.
- Oj, to miło z twojej strony. Jak już jesteś to wejdź na kawkę. – zaprasza przymilnym tonem, a ja natychmiast łapię za pończochę.
Wchodzą do kuchni. Ochroniarz spogląda na S., na mnie …na mnie i na S. pytającym, zszokowanym wzrokiem. Ściągam oporną rajstopę, uśmiecham się miło do niego… i… czuję się głupio???
- Och tam… Szykujemy z Norbertem małą scenkę tematyczną dla dzieci, wiesz, tych od nas… jak obronić się przez zamaskowanym intruzem – Z wrodzoną sobie lekkością odzywa się S. wstawiając wodę na kawę i posyłając mi przeciągłe, triumfalne spojrzenie. 
-Acha - mówi ochroniarz unosząc brwi - to ja w takim razie służę pomocą. -Merytoryczną oczywiście - dopowiada szybko, patrząc, jak gramolę się, z lekka obolały.

środa, 13 lipca 2011

Nosferatu...



      Na zewnątrz pogoda jak marzenie. Niemalże bezchmurne niebo, ciepły wiaterek i całe mnóstwo słońca, a ja upadły na kolana błagam „Bogi moje” i żywioły o jego zaćmienie, deszcze, burze, czy gradobicie. O króciutką choć chwilkę możności pospacerowania w ten dzień poza mrocznymi ścianami domu. Siedzę przygarbiony jak gargulec w zacienionym pokoju na piętrze. Siedzę, strugam osikowy kołek przeklinając na wszelkie sposoby i odmiany przewrotny los. Próbowałem… naprawdę starałem się pobyć choć na chwilę na powietrzu, ale nie da się! Promienie słońca dosłownie palą mi skórę, pozostawiając w nieokrytych miejscach takich jak twarz, kark czy ręce paskudny rumień połączony z obrzękiem i nieznośnym pieczeniem. Oczy mam podrażnione i zaczerwienione. Czuję się jak wampir… wyklęty… przeklęty stwór jakiś… przemykając się wieczorową porą we mgle między śpiącymi drzewami i szybującymi bezszelestnie po niebie nietoperzami. Nosferatu  jestem, nocy stworzeniem, a wszytko to wina dobrodusznej Cioci Doksycykliny… ale od początku. Trzy tygodnie temu, podczas miłej kąpieli w balii, przy trzaskającym w kuchni drewnie i lampce dobrego wina odkryłem na ciele maleńką, czarną kuleczkę nie większą od ziarnka maku. Miałem nadzieję, że nie jest to „to” o czym myślę. Obawy okazały się jednak okrutną prawdą. Pomiędzy ciepłymi fałdami moszny, krwią mą uraczała się bezczelnie nie proszona - nimfa … nimf ;) nie będę dociekał ważne , że upił. A krew wiadomo cenna i potrzebna… no i jakby nie patrzeć jemu też. Nie żebym żałował stworzeniu, niech się częstuje, pije do dna, ale ja boreliozie mówię - dziękuję!. Przez tego małego kleszcza szlak trafi miesiąc z kawałkiem wakacji. Czy już pisałem, że nie znoszę pajęczaków! Za sześć dni kończę blisko miesięczną kurację i zostaje jeszcze dodatkowy tydzień zakazu wystawiania się na słońce... Nie wiem gdzie się podziać, snuję się po domu jak cień. Marazm zasiadł na bezkrólewiu duszy poślubiając bliźniaczą siostrę mocy – niemoc. Oglądam przez ramy okna jak na monitorze cudowny świat; szumiący las, łąkę pełną odcieni zieleni przyozdobioną dywanami barwnego kwiecia... tańczących nad nimi motylami. Wsłuchuję się w śpiew ptaków, cykanie świerszczy i czuję jak ogarnia mnie tęsknota… za tym co ukochane, co sercu najbliższe, a teraz zakazane. I mam nieodpartą ochotę wbić w piersi kołek ten drewniany. 

                               
                                    Poniżej moja mała przyjaciółka Syta Zofija :) 

  



piątek, 8 lipca 2011

Mija rok...



      Niegdyś wpisywałem siebie w grube bruliony. Przelewałem na kartki najczulsze, najbardziej skrywane nuty zawieszone na magicznej pięciolinii mej duszy. Kiedyś malowałem sercem zbierając kolory palcem z tęczy uczuć, więcej się śmiałem, tańczyłem… i kochałem życie jak wariat…. witając uśmiechem nowy dzień. Spijałem każdą minutę niczym najsłodszy nektar. Niestety w pewnym  jakże smutnym rozdziale pod wpływem impulsu wszystkie zapiski, wiersze, obrazy i zdjęcia zlizały z pamięci języki ognia, a ja sam wpadłem w czarną wirującą topiel. Gdy odbiłem się od dna i wdrapałem na brzeg obiecałem  sobie nie wracać do tego wszystkiego i przyznam szczerze przez wiele lat trzymałem „ swoje ja” w ryzach, zagryzając zęby i udając, że tak naprawdę nie dzieje się nic. Ale nie można wyzbyć się siebie, wyrwać z piersi  silnej  potrzeby wyrażania. Nie mam w sobie aż tyle sił. Nie mam w sobie też aż tyle pesymizmu, by  z walizką czekać na śmierć… tę najgorszą i najstraszniejszą z możliwych  - śmierć duszy. Mija właśnie rok od pierwszego wpisu… czas leci nie ubłagalnie, a ja odnoszę wrażenie jakbym stał w miejscu, tylko odbicie w lustrze nakreśla drobnymi znakami pamięć o przemijaniu. Szydzi chochlikiem schowanym za błyskiem w oku. Blog powstał z myślą o pozostawieniu  śladu… elektronicznego zapisu snów, przemyśleń, bolączek, samotności, lęków, pragnień, tęsknot i  wspomnień. Takiej małej niteczki w ogromnej pajęczynie przeplatających się ze sobą przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Nie ma w nim przesady ani naciągania… jedynie zapisane fragmenty mojego życia i mnie.  Powstał też po części z myślą o najbliższych, którym nie pozostałoby po mnie nic, a raczej niewiele. Przyznam, że przez ten rok nie raz chciałem zaprzestać pisania, ale zawsze wówczas nachodziła mnie myśl, że być może gdzieś tam jest taki ktoś, kto skrycie czytuje mnie…. i czuje podobnie jak ja. Że być może te moje słowa mają moc czarowania i zaklinania. Zmieniania na lepsze… być może.

No i żeby odrobinkę przecedzić smutek dzisiejszego wpisu,  dodać koloru i smaku. Norbert na obiad robił dziś chłodniczek, i przy nieziemskiej, lawendowej woni rozsmakowywał się wśród łąk kwiecistych...


Miłego dnia Wszystkim życzę :)



sobota, 2 lipca 2011

Kiedy w końcu...



      Będąc dzieckiem często siadywałem na kamiennym parapecie spoglądając na przyozdobione cekinami gwiazd niebo. Patrzyłem na księżyc, wielki wóz, mieniącego się na czerwono Marsa i drogę mleczną zastanawiając się, czy gdzieś tam, w odległej galaktyce istnieje życie… a jeśli tak to w jakiej formie. Czy anatomią zbliżone jest do stworzeń zamieszkujących naszą piękną planetę Ziemię. Czy może te byty to forma czystej energii przybierającej kształt iskrzącej się kuli? Albo przypominające kolorowe  smugi, czy też chmury cudowne twory z gazów. A może to coś czego nie jesteśmy w stanie zrozumieć? Tak, czy siak często zadawałem sobie to pytanie i rysowałem… gryzmoliłem na karteluszkach przeróżne cudaczne stwory. Pewnej nocy jak zwykle zasiadając na parapecie zapytałem w myślach – kiedy w końcu zabierzecie mnie do domu? Teraz śmieję się z tego, ale pamiętam tamten dzień i noc  bardzo dokładnie.  Byłem w trzeciej klasie podstawówki… w szkole jak zwykle na przerwie zaszyłem się w kącie i czytałem. W pewnym momencie podszedł do mnie jeden ze starszaków i zapytał czy zagram z nimi w piłkę, spojrzałem na niego lekko zdziwiony i odpowiedziałem, że szkoda mojej energii i cennego czasu na głupie i niczego nie wnoszące w moje życie kopanie w piłkę i bieganie za nią. Jeśli znajdzie jakąś logistyczną grę i zechce w nią pograć to zapraszam albo jak najdzie go potrzeba porozmawiania o egzystencji, przemijaniu lub śmierci. Spojrzał na mnie i wycedził przez zęby – kosmita. Przyznam ubodło. Dziwakiem byłem, nie zaprzeczam… zawsze wyrażałem się na swój sposób, ubierałem jak chciałem i robiłem co chciałem ( i tu wielkie podziękowania dla ukochanych rodziców za wyrozumiałość w moim względzie… szanowanie  inności, sposobu bycia i autonomii oraz za wszystkie cudowne rozmowy, opowieści przenoszące mnie w inny świat, te uczące miłości do życia… do wszystkich jego form i te które wszczepiły we mnie wciąż palącą potrzebę zrozumienia… nieoceniania i poszanowania wszelkich odmienności, ale o nich wyskrobię kiedyś notkę ) Wracając do tamtego dnia pomyślałem sobie, że może tkwi odrobina prawdy w tym co powiedział starszak …jakby nie patrzeć odstawałem nieco od rówieśników i nie tylko. Dla nich byłem obcy… oni dla mnie nijacy, z wyjątkiem pewnej piegowatej dziewczyny z burzą loków na głowie.

Tak więc dziś, w Światowy Dzień UFO… przysiądę w Bezduszu przed domem i zapytam  spoglądając w górę – kiedy w końcu….?

Poniżej kilka fascynujących piktogramów, które za każdym razem gdy się na nie natknę zapierają mi dech w piersiach...


 
Źródło

Źródło

Źródło

Źródło

Źródło

Źródło

Źródło
                                               Popodziwiać więcej można Tu

                                             No i muzycznie i wspomnieniowo ;)