Dzień trzeci siąpi nieustannie. Cienkie strużki wody prześlizgują się pomiędzy kępkami traw niczym zwinne węże, czarując lśnieniem aksamitnych tasiemek. Ciężkie od kapek deszczu kwiaty, zastygłe w głębokim ukłonie, muskają ogrzmiałą ziemię pieszczotą wilgotnych płatków. Wszystko ciurka… koronami drzew przecieka. Odpływa… zabierając z sobą nadzieję na nocne świętowanie. Uzbierane zioła nie uniosą się dymem z ogniska, nie okadzą upojonych tańcem ciał, nie zbudzą pod wieczór gryzącą wonią schwytaną we włosy i skórę jedwabnym świtem. Święty ogień nie zapłonie plując deszczem iskier. Nie wzbiją się do gwiazd słowa starych pieśni, przywołujących melodią pamięci pradawnych przodków, wychwalając duszy radowaniem zapomniane bóstwa i obalonych Bogów. Smutek w sercu gęstnieje jak mgła wokół Bezdusza i żalem ulotnym zagnieżdża się na ustach…
.