czwartek, 30 grudnia 2010

Rok dobiega końca...


      Rok dobiega końca. Sypią się nitki minut z jego starego, znoszonego płaszcza. Zbliża się ten nowy…nieznany…pełen tajemnic. Tym razem nie będę przedkładać sobie kolejnej listy zobowiązań, postanowień i planów. Pozwolę by wszystko układało się spontanicznie…samo z siebie. Z pokorą przyjmę, co da…nawet jeśli będzie najgorsze. Głęboko w sercu mam nadzieję, że będzie łaskawy i jak Święty Mikołaj przyniesie wór pełen miłych niespodzianek. Podskórnie czuje, ze odejdzie kilkoro najbliższych…boję się…bo nic nie będzie w stanie wypełnić pustki pozostałej po nich. Boję się, że moje serce nie udźwignie, a dusza zatonie w czarnym morzu smutku i rozpaczy. Boję się tej nieobecności, którą zmarli pozostawiają po sobie i tych myśli, obrazów, strzępków wspomnień. Przedmiotów nasączonych ich energią.
Są też przyjemne wizje…niebawem nadejdzie wiosna, a wraz z nią rozkwitnie radość w mych piersiach i nastanie czas wyjazdu do ukochanego Jaworza…pól, jezior, lasów, słońca wschodów i zachodów. Może w końcu uda mi się podziwiać kamienne kręgi nad Odrami. Tak naprawdę nie oczekuję cudów i słodkości, niech pozostanie tak jak jest, bo życie moje choć pełne zawirowań, burz i sztormów…tak naprawdę nie jest złe. Pragnął bym jedynie odrobiny spokoju, cieplejszych i życzliwszych ludzi wokół siebie…zdrowia, którego tak bardzo potrzebuję…i łaskawości czasu, który do tej pory oszczędzał mnie, zdobiąc jedynie kilkoma drobnymi zmarszczkami i delikatnym szronem. No i zapomniał bym o najważniejszym z pragnień, którym jest oczekiwanie na wygraną walkę mojej przyjaciółki z podstępnym wrogiem niszczącym jej organizm. Wam wszystkim życzę pogody ducha, radości i spełnienia. Niech stary rok odejdzie zamiatając swego płaszcza łachmanami wszelkie wasze smutki i bolączki, a nowy wraz z radosnym śmiechem dziecka wleje w piersi rześkość i siłę.

wtorek, 7 grudnia 2010

Czas wyjechać...

     

    Czas wyjechać by rzucić się w wir pracy, zatopić w morzu świątecznego szaleństwa. Niestety możliwości korzystania z netu raczej nie będzie i w związku z tym troszkę wcześniej: -)

Wszystkim obserwującym, odwiedzającym, znajomym chciałbym życzyć spokojnych Świąt Bożego Narodzenia. Czasu spędzonego w gronie najbliższych i przyjaciół. Wyciszenia i odpoczynku w te dni. Szczerego, płynącego z głębi serca odpuszczenia tym, którzy nas skrzywdzili, bo nie ma nic cenniejszego od wybaczania i zrozumienia, że wszyscy jesteśmy tylko ludźmi i popełniamy błędy. Życzę wam kochani smacznego jadła, radości, mnóstwa prezentów pod zielonym drzewkiem, śniegu i spełnienia…
Oby pierwsza gwiazdka rozpaliła w naszych sercach niegasnącą nadzieję i wiarę w lepsze…

Pozdrawiam serdecznie :-)

niedziela, 5 grudnia 2010

Śpię z nią...



      Śpię z nią. Ciało przy ciele splecione ciasno. Co noc czuję jej zimny oddech wprawiający w odrętwienie, zsyłający niemoc. Lodowate, blade dłonie zakrywają oczy. Usta natrętnie pieszczą moje wargi tłumiąc krzyk. Gwałtownym, pewnym ruchem wchodzi we mnie, wypełnia szczelnie, rozdziera od wewnątrz…pastwi się, żyje moim strachem. Cicho szepce do ucha, że będę jej na zawsze, że tylko Ona,  Samotność,  przyjdzie na mój pogrzeb.






poniedziałek, 29 listopada 2010

W tramwaju...

     

      Wieczorem miałem napisać ciąg dalszy „Strachów”, ale niestety dzisiejsze „traumatyczne przeżycia” skłoniły mnie do zmiany planów. Po raz pierwszy od dziesięciu lat sytuacja zmusiła mnie do skorzystania z dobrodziejstwa szczecińskiego grodu, jakim jest niewątpliwie komunikacja miejska. I tak czekam na przystanku, przestępując z nogi na nogę. Zimno jak cholera, facet z jednego boku dmucha mi dymem w twarz a z drugiego starsza pani co chwilka puka ciężkimi reklamówkami po łydkach. Jestem zmęczony, zziębnięty i poirytowany. Ku mojej pociesze dostrzegam zbliżający się pojazd. Na przystanku zaczyna się nerwowa przepychanka, przydeptywanie, szturchanie łokciami…i bieg szczurów, kto pierwszy… A ja wciąż stoję tam, gdzie stałem. Tramwaj zatrzymuje się z łoskotem, drzwi rozsuwają się strasząc okropnym ludzkim ściskiem wewnątrz. Zastanawiam się, czy nie poczekać na następny, ale wiem, że będzie gorzej, ba za chwilkę godziny szczytu. Ruszam, wciskam się w tłum. Gdy jestem nogą na pierwszym stopniu ktoś napiera na mnie nerwowo. Zaciskam szczęki by nie wybuchnąć. Przepraszając co chwilka próbuję się przedostać głębiej. O skasowaniu biletu nie ma mowy, to niewykonalne, poza tym chyba tylko kontroler samobójca odważyłby się na obchód.. Po totalnie wyczerpującym przeciskaniu się przez żywy mur wydajający z siebie okrutną mieszaninę zapachów, znajduję w końcu miłe miejsce. Pojazd rusza. Chwytam się poręczy. Spoglądam na kolorowe witryny sklepów , zdobne bramy i ludzi na chodnikach. Zatapiam się w myślach. Próbuję znaleźć jakieś sensowne rozwiązanie dla zbliżających się świątecznych problemów. Z rozmyślań wyrywa nie nagły napór przyciskającego się do mnie od tyłu faceta. Nie byłoby w tym nic dziwnego, tramwaj napchany po brzegi że ręką nie ruszysz, gdyby nie przylgnięta do mego lewego pośladka twardość krocza tegoż pana. Przez myśl mi przeleciało, że to paradoksalne i pewnikiem się mylę. Szybko jednak docierają do mnie realia , gdy nabrzmiała, pulsująca męskość zaczyna wykonywać delikatne ruchy posuwisto-zwrotne. Czuję jak wstyd rozkwita mi płonącymi rumieńcami na policzkach, jak wściekłość odbiera mowę…czuję jak narasta we mnie złość. Nie chciałem jednak robić z tego afery, cała ta sytuacja była dla mnie dość już upokarzająca. Postanowiłem udać, że nic się nie dzieje jednocześnie gwałtownie wyrzucając biodra w przód, by uniemożliwić typowi zabawianie się moim kosztem. Nim pojąłem, że jednak wygiąłem się za bardzo, moje krocze zatrzymało się na ramieniu siedzącej przede mną starszej pani, która natychmiast spojrzała na mnie z wyraźnym niesmakiem otwierając uszminkowane strażacką czerwienią wargi, w gotowości do podniesienia głośnego alarmu. Przepraszając i tłumacząc się wróciłem do pozycji wcześniejszej. Kobieta pokiwała z politowaniem głową i zatopiła wzrok w szybie. Typ za mną przyjął powrót moich pośladków z wyraźnym zadowoleniem i począł z entuzjazmem kontynuować tarło. Ja pierdole - pomyślałem sobie – dlaczego to zawsze mi przytrafiają się absurdalne sytuacje? Całe moje życie to jeden wielki absurd. Facet skwapliwie „bodzie” mnie w półdupek dysząc do ucha, a staruszka obserwuje bacznie kątem oka, czy aby nie naruszę jej strefy choćby o milimetr. Powoli ogarnia mnie głupawa. Czuję się tak, jak bym grał główną rolę w czarnej komedii.. Pasuję, i chcąc załatwić sprawę po cichu, bez świadków, wysuwam do tyłu rękę, chwytam gwałtownie na oślep i zaciskam wściekle. Czuję jak „ocieracz” cały pręży się…sztywnieje. Zaciskam mocniej…ani piśnie. Spoglądam na odbicie w szybie, na jego twarzy maluje się zdziwienie pomieszane z cierpieniem. Z jadowitym uśmieszkiem zaciskam palce aż do bólu. Typ blednie, drży i próbuje się oswobodzić. Odbicie patrzy przepraszająco i błagalnie w moje oczy. Uwalniam z uścisku jego klejnoty i z niesmakiem przecieram dłoń w nogawkę spodni. Raz jeszcze spojrzałem na jego twarz w szybie i… zrobiło mi się go szkoda ( jakoś tak mam, że zawsze próbuję zrozumieć, tłumaczyć innych). Nie wiem co nim powodowało, samotność, nagła potrzeba chwili, czy też jakieś skłonności. Nie miałem ochoty zatapiać się w rozmyślaniach, które i tak do niczego mnie nie zawiodą. Przed kolejnym przystankiem…usłyszałem – przepraszam…i zobaczyłem jak znika za tramwajowymi drzwiami. Harda staruszka, aż do końcowego łypała na mnie podejrzliwie.

Wieczorem, przy maślanych ciasteczkach i irish koffee opowiadam przyjaciółce o tramwajowej przygodzie. Uważnie słucha potakując głową, a gdy kończę pyta:
- a jaki to był numer linii?, bo ja chętnie…

Cóż dodać?...


niedziela, 28 listopada 2010

Strachy...



      Jako dziecko bałem się nadchodzących nocy. Wiedziałem, że gdy tylko miasto spowije mrok a domownicy utoną w ramionach Morfeusza, nadejdą strachy. Wypełzną z ciemnych zakamarków, szczelin podłogi, szuflad i starej skrzyni. Pierwszą czynnością po zgaszeniu  przez mamę światła, było szczelne opatulenie się, i odbywało się w następujący sposób. Podkładało się brzeg kołdry pod prawy bok, potem pod lewy…następnie podrzucając kołdrę zawijało się w powietrzu jej górną część pod nogi. Było to, tak zwane przeze mnie, spanie na mumię. Nie wystawało nic prócz nosa, co dawało mi to miarowe poczucie bezpieczeństwa. Nie wiem dlaczego, ale do wieku lat siedmiu budziłem się między 2:00  a 3:00 w nocy. Właściwie budziły mnie szepty i dziwne drapania. Pierwsze spojrzenie padało na oświetloną  nikłą poświatą ulicznej lampy szafę, której drzwiczki wiecznie były uchylone, a przecież przed położeniem się sprawdzałem….zamykałem. Dalsze spanie nie byłoby możliwe bez zamknięcia drzwiczek…zawsze uważałem, że szafa jest bramą do innych światów, windą do królestwa sennych koszmarów, że w jej ciemnym wnętrzu, za porozwieszanymi ciuchami kryją się przerażcze, które karmią się naszymi lękami, a w kieszeniach kurtek gnieżdżą się małe wyjątkowo  podłe wyjce. Fale panicznego strachu zalewały mnie, gdy spuszczałem nogi z łóżka. Zaciskałem z całej siły powieki i zagryzałem wargi. kiedy stopy dotykały zimnej posadzki. Obawiałem się, że coś chwyci mnie za kostki i wciągnie pod łóżko, albo ugryzie w piętę. Łóżko miałem piękne, z drewnianymi bokami, na solidnych nóżkach i dużą  przestrzenią pod spodem. Serce łomotało w piersiach przy każdym kroku mocniej i mocniej, gdy zbliżałem się do szafy. Trzepotało jak  uwięziony na strychu motyl, kiedy opuszkami palców dotykałem zimnego klucza. Wciągałem powietrze głęboko w płuca, wstrzymywałem oddech  i szybkim ruchem zamykałem wrota i przekręcałem zamek, po czym pędem biegłem z powrotem do ciepłej pościeli, bezpiecznego azylu. Pewnej nocy zdarzyło się coś jeszcze. Jak zwykle obudziłem się nad ranem. W pokoju panował straszliwy ziąb, choć za oknem królowała letnia noc. Mój niepokój wzbudziła dziwnie poruszająca się zasłona. Falowała, choć nie było wiatru,  odniosłem wrażenie, że coś się za nią przesuwa.. Bałam się jak cholera, ale byłem z  tych dzieci co zakrywają dłońmi oczy i ukradkiem podglądają przez szpary między palcami. Ciężka zasłona opadła, zesztywniała, po czym  wyłonił się zza niej cień wysoki i chudy zmierzający w moim kierunku. Zamarłem. Nie byłem w stanie ruszać się …krzyczeć. Dziwna, rozmyta postać zbliżyła się do łóżka od strony nóg. Pokój wypełnił się zapachem przegniłych szmat i wilgotnej ziemi. Przystanęła. Wpatrywała się we mnie przez dłuższą chwilę a następnie rozmyła się jak dym z papierosa. Ta noc była początkiem Nowego, ale o tym kiedy indziej. Nie spałem do rana. Kiedy opowiedziałem o tym wydarzeniu mamie przy śniadaniu, spojrzała na mnie z przestrachem i pogrążyła się w zamyśleniu. Nie powiedziała nic, ale wiedziałem, że zbliża się czas poważnych rozmów Przez wiele późniejszych lat nie gasiłem światła. Do dziś jeszcze zdarzają się noce, gdy zasypiam przy zapalonej lampce…gdy wyczuwam, że się zbliżają.


piątek, 26 listopada 2010

Autoportret z...



      Ściął mróz… W świetle latarni trawa brokatem szronu się mieni. Skrzą się srebrzyście dachy i lśnią w blasku księżyca skute lodem kałuże. Nadchodzi zima. Nie lubię jej…gdybym mógł jak niedźwiedź ułożyć się do snu, przespać ten martwy czas i otworzyć oczy z pierwszym wiosny zakwitaniem, było by cudnie. Nie musiałbym zmagać z depresją sezonową, katarem, obżeraniem się słodkościami, zaburzeniami snu i snuciem się po domu jak zbłąkany duch. No, ale ma to też swoje dobre strony, nadrobię zaległości w czytaniu i oglądaniu filmów. A może w końcu narysuję coś nowego, kto wie?... może po wielu latach chwycę za pędzel i zaszaleje z olejami…przyznam, że tęsknię za zapachem terpentyny. Właściwie nie pamiętam już dlaczego zamknąłem się w czarnobiałych rysunkach, skłamałbym- pamiętam, ale bardzo chciałbym zapomnieć. Czasami ogarnia mnie tęsknota do kolorów, do gładzenia dłonią płótna przed malowaniem, słuchania, co chce mi powiedzieć…może wystrzeli mi z głowy i serca tęcza. Zaszaleją ferie barw. Może?


Kilka osób prosiło mnie o pokazanie studium rysunku. Spełniam dziś tą prośbę. Jeszcze tylko krótka historia o powstaniu niniejszej pracy. Dostałem kiedyś w prezencie góralską czapkę i parę wełnianych skarpet robionych na drutach. Przez lata leżały ukryte głęboko w szafie, do czerwca, kiedy to zacząłem zrobić gruntowne porządki. Postanowiłem obdarować nimi Sydonię, która uwielbia wszelkie takie dziergane frykasy. Nim jednak zmieniły swojego właściciela, przywdziałem owe wełniane cuda i tak powstał letni ”Autoportret z pomponami”:-)






© NordBerd
Autoportret z pomponami


wtorek, 23 listopada 2010

Między nami...

      Spojrzałem dziś na nią ukradkiem. Miotała się z artystycznym nieładem na głowie, pośród kartonów i świątecznych gadżetów, próbując dopić zimną już, poranną kawę. Poczułem ciepło rozchodzące się kręgami w piersiach, rozpłynąłem się w rozrzewnieniu…jak posąg zastygnąłem w bezruchu, szczęśliwy, z uśmiechem na twarzy… i patrzyłem . Chłonąłem każdą sekundę…łapałem te chwilki w siatkę pamięci, jak kolekcjoner łapiący unikatowe motyle. Znamy się od zawsze, od wczesnego dzieciństwa. Nieustannie uczestniczymy w swoich życiach. Miałem tą ogromną przyjemność obserwować jak przemienia się z krótkowłosej chłopczycy i łobuziary w cudowną, zmysłową kobietę. Pełną wewnętrznego spokoju i duchowego piękna. Kobietę nadzwyczaj inteligentną ,silną, głodną doświadczeń, niezależną, a jednocześnie delikatną, kruchą i romantyczną. Każdego dnia dziękuję w głębi serca, że ją znam, że mogę cieszyć się jej obecnością, być przy niej. Że nie muszę nic musieć, mówić ani udowadniać. Że akceptuje mnie z całym wachlarzem zalet i wad. Że bezwarunkowo kocha, takim jakim jestem i nie próbuje mnie zmieniać. To niesamowite ile razem przeszliśmy; piekło dojrzewania, koszmar rodzinnych zawiłości, pierwsze miłości i ich zawody, załamania, wzloty i chwile radości. To niezwykłe, jak te wszystkie doświadczenia, życie i czas splotły nas. Zasupłały w nierozerwalną całość. Teraz, kiedy wracam wspomnieniami do wydarzeń sprzed lat, myślę…nie, jestem pewien, że gdyby nie Monika…nie byłoby mnie tu teraz. Świeciła mocno jak polarna gwiazda, była latarenką oświetlającą drogę, silną dłonią, oparciem i opoką. W pewnym, ciężkim okresie mego życia pouciekali wszyscy moi znajomi, przyjaciele, odwróciła się ode mnie nawet część rodziny…pozostała jedynie ona. To w jej ciepłych ramionach narodziłem się od nowa, to jej słone łzy zmyły ze mnie ból, jej czuły dotyk zesłał spokój, a uśmiech odpędził demony i rozmył cienie przeszłości. Była, jest i będzie Aniołem, stróżem mym. Wie o mnie wszystko, czasami śmieję się, że zna mnie lepiej niż ja sam. Przy niej mogę zapomnieć o świecie całym. Kocham ją tak ogromnie, że brak mi słów, że nie wypowiem. Dla niej spuściłbym ostatnią kroplę krwi, wyrwał serce. Ona jest wszystkim co mam…jest moim powietrzem…pokarmem…moim domem.

Dziękuję Ci za wszystko, przyjaciółko moja.

"Miłość to dwie dusze w jednym ciele, przyjaźń - to jedna dusza w dwóch ciałach. "
— Tadeusz Kotarbiński

poniedziałek, 22 listopada 2010

Pokój...



Pokój…pudło bez powietrza. Dusząca ciemność. Zatrzymany zegar. Senne marzenia o zagadkowych kształtach. Na wprost zimne oko lustra patrzy na mnie. Zna każdy sekret…grzech, duszę, ciało. Słowa odbijają się echem od ścian…krzyczą do mnie. Za oknem ulice, domy. Za szybą miasto Midian  migocze tysiącem neonów.




Latem, zeszłego roku, pozwoliłem sobie na sesję ze starym lustrem, znalezionym pod stertą wiekowych mebli gnijących w  sypiącej się stodole. To był impuls, chwilka. Ustawiłem aparat na statywie, zrzuciłem ciuchy i odpłynąłem zupełnie. Ku mojej radości wieczór był piękny i ciepły, a światło wprost wymarzone do zdjęć.

Więcej tu...


środa, 17 listopada 2010

Kiedy nadszedł...



      Kiedy nadszedł ten dzień, nie płakałem, nie krzyczałem. Na sali zapadła cisza…Mama po bardzo ciężkim porodzie bała się, że jestem martwy. Ogarnięta paniką błagała lekarza by podał jej syna. Rosły ginekolog  Szpitala Wojskowego spojrzał na nią z politowaniem i wycedził przez zęby, żeby nie popadała w histerię, że z dzieckiem wszystko w porządku. Do jej uszu doszedł odgłos klepnięcia i cichuteńkie, króciutkie kwilnięcie. Po czym zobaczyła mnie…Jak mówi, pierwsze co dostrzegła to wielkie  błękitne oczy, które smutnie spoglądały na świat. Z czasem nabrały zieleni z domieszką  bursztynu, brązu i szarości. Każdy, kto w nie zaglądał, czuł się nieswojo. Jak mawiała babcia, odnosiło się wrażenie, że mój wzrok przechodzi przez ludzi, wertuje  ich i sięga głęboko. Że bije z nich smutek…do dziś ten smutek tkwi we mnie, nienazwany…Nawet kiedy się śmieję, kiedy jestem radosny, odbija się w zwierciadłach oczu. Noszę go głęboko w sobie, w piersiach. w duszy splocie. Drży na wargach i w opuszkach palców. Jest w niemal każdej komórce mego ciała. Smutek jest mną a ja nim. Nie da się go nazwać, ubrać w słowa, wyjaśnić czym jest podszyty i skąd się bierze. Istnieje sam z siebie. A ja, cóż, pomimo niego, jak każdy potrafię się śmiać, mam chwilki radości, szczęścia  i uniesień. Kocham łapać wiatr we włosy, wdychać zapach rozgrzanego słońcem lasu i żywicznych szyszek. Zanurzać się wczesnym świtem w chłodnej wodzie, którą otula gęsty, mleczny płaszcz mgły. Umościć sobie letnią nocą  gniazdo z traw i spoglądać w niebo obwieszone girlandami gwiazd, upajać się pełniami księżyca srebrzystymi, wschodami  i  słońca zachodami purpurowo – złotymi…ale za każdym razem, gdy słońce tonie za horyzontem  ogarnia mnie smutek…że być może to ostatni  raz…że już więcej nie zdarzy się…że zgaśnie oczu mych smutny blask…a wraz z nim odejdę i ja.




      Na górze, po prawej, jest wielki pokój z dwoma oknami wychodzącymi na lasek i starą hydrofornię. Jesienią, gdy noce są już chłodne przez wybitą szybę wlatują motyle... całe dziesiątki. Kiedy tam wchodzę wzbijają się spłoszone do lotu. Jest ich tak wiele, że czuć na twarzy delikatny powiew i słychać szeleszcząco -  papierowy trzepot skrzydełek. Otwieram okno i staram się je wypłoszyć…te, co zostają chwytam delikatnie w dłonie i wypuszczam na wiatr. Ale one zawsze wracają…wracają i wracają.  Wiosną  podłogowe deski, zdobione tunelikami  wygryzionymi przez korniki, pokrywa kolorowy dywan.  Przy każdym kroku skrzydełka unoszą się i tańczą w powietrzu. Wirują, po czy powoli spadają kładąc się na ziemi, nie wiem dlaczego, ale prawie zawsze kolorowym wzorem.


A to moje piwniczne okienko, letnimi wieczorami wdzierają się przez nie ogniste- złote promienie zachodzącego słońca, zalewając ciepłym blaskiem mroczne zakamarki magazynku.  


poniedziałek, 15 listopada 2010

Po wielu dniach...



      Po wielu dniach kiszenia się w pracowni postanowiłem wybrać się na spacer. Zachęciły mnie do tego przedzierające się przez skłębione chmury nieśmiałe promienie słońca, którego w ostatnim czasie nie było. Deszcz, wiatr i nieznośny chłód panował za oknem do dziś. Przywiązałem czerwoną apaszkę psinie Halinie, siebie owinąłem po sam nos arafatką i wyszedłem. Rześki powiew uderzył w twarz, świeże powietrze wypełniło płuca. Cudowne uczucie. Ruszyliśmy w kierunku rzadko uczęszczanego lasku, pamiętnika z kartkami drzew na których widnieją wyryte cyrylicą zapiski- pozostałość po stacjonujących tu niegdyś radzieckich żołnierzach. Za każdym razem, kiedy spaceruje w jego wnętrzu, odczuwam mrowienie pod skórą i niepokój . .Pomyślałem sobie, że być może tym razem, zgubie się, wejdę w nieznaną ścieżkę i zniknę. Rozmyje. Ale, tak się nie stało. Nadal muszę nosić w sobie tą melodię wygrywaną na strunach duszy przez smutek. Ten ciężar bezsensu istnienia i garb niezrozumienia. W ciszy mijałem rząd zastygłych , szykujących się do zimowego snu drzew. Na jednym z nich wczesną wiosną znaleziono kobietę. Ileż pokładów cierpienia, ile bólu , niespełnienie, jakąż niemoc, beznadzieje i serca zgnębienie dźwigać trzeba w piersiach, żeby życie w sznur wplątać…ostatnim oddechem zapłacić za spokój. Straszna cena, na którą mnie nie stać…wciąż nie…

Bo, mimo wszystko, tli się jeszcze w zgliszczach mego serca nikła iskierka nadziei.





© NordBerd
W sennym lesie

Dziś  wrzucam  troszkę starszą pracę bodajże z sierpnia. Jak zwykle Żelopis i papier Elfenbens.
Inspiracją był sen, jeden z tych które na długo pozostają w pamięci...Śnił mi się stary las...okryty absolutną ciszą...przerażającą ciszą...dookoła walały się rozczłonkowane koszmarne lalki...stare misie...pajace i pierroty...ich plastikowe oczy bacznie mi się przyglądały...obserwowały czujnie...miałem przeczucie, iż w jednej chwili rzucą się na mnie wszystkie...byłem naprawdę przerażony...


czwartek, 11 listopada 2010

Z ogromnym smutkiem...

     

      Z ogromnym smutkiem dostrzegam, że lubujemy się w romansach, ckliwych książkach i filmach o cudownej, nieskazitelnej miłości z Happy Endem. Uciekamy od rzeczywistości smutnej i szarej jakby się wydawało. Zamykamy się w sobie. Marzymy o partnerze doskonałym, nie istniejącym tak naprawdę. Dlaczego nie potrafimy zadbać, choćby postarać się, by nasze życie było piękniejsze, pełniejsze i w pełni przeżyte.  Wydaje nam się, że wszystko powinno być łatwe, miłe i słodkie niczym cukierek. A tak naprawdę miłość to ciężka harówa, to ciągłe poznawanie, zmienianie się, akceptowanie ukochanej osoby z całym wachlarzem jej zalet, ale przede wszystkim wad. Dlaczego pozwalamy, by upływ czasu gasił w nas radość, wykruszał wiarę i  obracał w pył związek. Pozwalamy by, do nie tak dawna jeszcze, nasz cudowny partner dla którego wyrzeklibyśmy się wszystkiego…nawet samych siebie, teraz staje się bezbarwny, płaski, niepotrzebny. Niejednokrotnie wadzący i męczący przygniata nas nieznośnym ciężarem swej obecności. Pozwalamy by ten piękny uśmiech, który wyzwalał w nas fale ciepła, stał się groteskowym grymasem budzącym niesmak. Dotyk ukochanych dłoni wieje chłodem, a bliskość niegdyś tak święta teraz odpycha. Nie możemy już nawet na niego patrzeć, dusimy się przy nim, wysychamy, a przecież potrzeba tak niewiele by być naprawdę szczęśliwym. Wystarczy stać się ogrodnikiem swojej miłości, bez przerwy pielęgnować, nawozić, przycinać. Kłaść wtulonym i budzić się z uśmiechem przy ukochanym. Codziennie poznawać go na nowo…od nowa zakochiwać się. Pozwalać, by otulony naszą miłością, szczerością, bezinteresownością  i troską rozkwitał jak piękny kwiat. Owszem, nie jest to łatwe, ale im więcej dbałości tym częstsze, piękniejsze kwitnienie i odwzajemnienie. Tylko czasem… bardzo, bardzo rzadko zdarza się  gleba nieurodzajna, jałowa, na której nie wyrośnie nic. Nawet jeśli zrosimy ją kroplami życiodajnych łez.

Cały dzień rozbrzmiewa mi w głowie ten jakże piękny utwór Czesława Niemena


środa, 10 listopada 2010

Idę przez wiatr...



     Idę przez wiatr, burzę, deszcz…wiosnę, lato, jesień…przez nieczułość dłoni…ich zimny gest…smutek, samotność, zwątpienie…Przepływam przez ocean obojętnych ludzi, gubię się w krętych uliczkach, ciemnych zakamarkach życia. Przepijam smutki szklanką wódki, zagryzam wargi, żale przejadam. Nie modlę się, nie chcę…o pomoc nie błagam. Stopami bosymi po szkle tłuczonym stąpam…wyrywam z piersi ostrych słów sztylety…wciąż krążę, błądzę… bezdomny niestety.

                                                
                                                          Z cyklu "Samotność"




piątek, 5 listopada 2010

Nie spałem dziś...



      Nie spałem dziś całą noc, miotałem się w pogniecionych falach pościeli splątany smutkiem, żalem i po raz kolejny rozczarowaniem. W głowie burza myśli, w piersiach sztorm znajdujący ujście cienkimi stróżkami rozżalonych łez poprzez powiek kanały. Zawsze uważałem, że szczerość jest w życiu najważniejsza, jest najsilniejszym spoiwem dwojga ludzi, niezależnie od relacji jakie ich łączą. Wiele osób które poznałem, odeszły nie mogąc sobie poradzić z ciężarem, jak to mówiły, tej szczerości. Jeszcze więcej zostało, umiłowało. Ktoś mi kiedyś powiedział, że moja podłość nie zna granic, że potrafię jedynie ranić ludzi, że nie mam serca. Spytałem go wówczas - czy serca brakiem jest potrzeba dbania, szanowania drugiej osoby, umożliwiania jej dostrzeżenia swoich wad i zalet, dodawania motywacji i popchania do działania, rozwoju. Szczerość jest dobrem którym obdarowujemy ludzi, nawet jeśli rani, powoduje łzy, rozpacz i krzyk…bez niej życie, miłość, przyjaźń nie znaczy nic…. zupełnie nic.

      Nad ranem pękłem jak gliniany dzban …rozsypałem się na dziesiątki drobnych kawałeczków. Wszystko, to co we mnie piękne uleciało, w jednej krótkiej chwili rozwiało się jak dym. Teraz na nowo muszę nauczyć się żyć. Schować pod maską obłudy, tchórzliwej uprzejmości i słodkiej fałszywości, w której większość tak bardzo lubi się pławić, taplać. Będzie ciężko, ale nauczę się. Spopielę szczerość. Uwiężę słowa w strunach krtani. Pogrzebie, zakopię się…nie odnajdziesz mnie.


wtorek, 2 listopada 2010

Niedzielnym wczesnym rankiem...



      Niedzielnym wczesnym rankiem, gdy niebo przybrało barwę purpury, wyjechaliśmy z Sydonią do Jaworza. Odezwała się w nas nagła potrzeba zaczerpnięcia świeżego powietrza, nałapania słońca we włosy, pospacerowania dookoła jezior rozkoszując się wonią jesiennej zgnilizny i, co najważniejsze, zamierzaliśmy odprawić nasze swoiste „dziady”. Jak wiadomo noc z 31.X na 01.XI jest wyjątkowa, magiczna, to czas w którym zaciera się granica między światem żywych a krainą umarłych. Po przyjeździe rozpaliliśmy ogień pod kuchenką i napaliliśmy w piecach, w chałupie ziąb straszny. Po śniadaniu i gorącej kawie wybraliśmy się na stary, zapomniany przez ludzi, czas i Boga cmentarzyk ukryty niedaleko jeziora, spoczywający w natury przepastnych ramionach. Wiekowe, powykręcane groteskowo lukrecje wydają się tam żyć. Strzegą splecione korzeniami szkielety umarłych. Rozpostarte nad ziemią wachlarze skrzywionych koron podtrzymują niebo. Wszystko porosłe mchem zielonym i czuprynami traw. Oplecione powojem zazdrosnym. Tylko gdzieniegdzie jeszcze widoczne kamienie nagrobne zdają się szeptać -podejdź, przystań, nie zapomnij o mnie. Złożyliśmy z Monią ożywione pamięci płomieniem czerwone lampiony u bram tej przystani umarłych i spowici zadumy woalem ruszyliśmy w dalszą drogę. Przemierzając leśne ścieżki napawaliśmy się kolorami i smugami mlecznego światła przebijającymi się przez drzew gęste konary. Halinka nurkowała w dywanie zbrązowiałych liści, wciskała pyszczek w norki, kopała, tarzała się w trawie upojona swym psim szczęściem. Wieczorem, gdy z bagien wylały się mgły a przejmujący chłód nocy otulił ziemię, zapaliliśmy na ganku latarenki by wędrowne dusze w ciemnościach odnalazły drogę do domu, wyłożyliśmy talerzyk ze słodkościami, żółtym serem i wiśniowym dżemem, by się nasyciły. Uchyliliśmy też furtkę, aby łatwo mogły się dostać do domu. Tego wieczoru i nocy wiele dziwnych rzeczy działo się dookoła nas, wielokrotnie czuliśmy czyjąś obecność i przeszywające do szpiku kości zimno. Para leciała z ust. Przerażony i rozdygotany pies schował się pod kocem wystawiając spod niego jedynie pyszczek. Około północy, kiedy siedzieliśmy w pokoju na parterze, nagle pojawił się nietoperz. Bezszelestnie zataczał koła wokół żyrandola. Miotał się pod sufitem. Biedaczek wpadł przez szczelinę pękniętego sufitu. Zaśmiewaliśmy się do łez, że to samiuteńki pan Hrabia Dracula w swej skrzydlatej postaci nas odwiedził w tą prawdziwie Halloweenową noc, krwi naszej szlachetnej się domagając. Stchórzył jednak, woń żubrówki z ust mych wyczuwając i czym prędzej zniknął pod skrzypiącym jak wieko trumny starym tapczanem.

      Rano kiedy zeszliśmy do kuchni, spostrzegliśmy zdziwieni, że na talerzyku brakuje jednego wafelka, działalność myszy została po dokładnej analizie i przeprowadzonym śledztwie stuprocentowo wykluczona. Na żółtym serze brakowało nadgryzień, nie było też kupek, a jak wiadomo paskudy walą gdzie popadnie, a co najważniejsze nie miały możliwości dostania się do talerza. Zatem jasnym stało się, że jakaś łasa na słodycze dusza nie potrafiła się oprzeć ziemskim pokusom. W skrytości myślę sobie, że to Monika, późną nocą zakradłszy się do kuchni pokuszała smakołyk.

                                                             Ze spaceru...





 
 
 
 
 
 


                                                    zapomniany cmentarzyk...


 
 

No i nocny gość :-)
Niestety zdjęcia słabej jakości bo gacek szybki i nieuchwytny był...


sobota, 30 października 2010

Pełznie pod płachtą nocy...

     

      Pełznie pod płachtą nocy Śmierć ślepawa. Mieni się w księżycowej poświacie przybrana czarnymi łez perłami. Spod dywanu wilgotnych liści stęchły oddech ziemi w rozedrgane nozdrza chwyta. Głową zarzuca, wietrzy, tropi. Przysiada nad kałużą najeżona trzepocącymi na wietrze łachmanami butwiejących szmat, pod którymi skrzętnie ukrywa ropiejące modlitw czyraki i sączące się bólem rany . W wiklinie jej włosów gniazdo wyjce uwiły i ciche niespełnienia. Niczym gargulec, demon drapieżny, w mętnej, gęstej wodzie, patykowate palce zanurzyła. Gnijącą twarz pod maską błota kryjąc unosi się gwałtownie. Dymem czarnym wzbija, płynąc po falach śpiącego nieba. Spogląda przez lustra szyb, nurkuje w kominach, w ciemne bramy, zakamarki ulic zagląda. Nasłuchuje… Węszy, bezustannie szuka namaszczonych pachnidłem konania.
Gdy już zakończy łowy, zmęczona w gęstą wejdzie mgłę, drogę rozjaśnią jej niczym płomyki świec, zebrane dusz latarenki.


środa, 27 października 2010

W ogrodzie wspomnień...

     

      Dlaczego tak boli, tak rozrywa od wewnątrz szponami tęsknoty powrót ścieżką wspomnień do czasu dzieciństwa, tych lat beztroską słodkich. Kiedy otwieram furtkę do zapomnianego ogrodu, stąpam po porośniętej, krętej drodze, serce mi bije, pulsują skronie. Zaglądam w tajemne zakamarki i walącej się szopy schowki. Mijam zwierząt ukochanych groby, grzebanych w puszkach po ciastkach. Kolorowymi gałgankami do snu otulonych. Uśmiecham się do nich. Pod krzakiem bzu fioletowego widzę machającego do mnie misia szmacianego. Zaginionego przed laty. Chwytam go w dłonie. Przecieram z guzikowego oczka łezkę, tulę mocno w ramionach. I znów tak piecze, tak boli rozcięte kolano, krwawiący łokieć. Spoglądam ku górze w białe ramy okien, widzę babcię uśmiechniętą, opartą o balkonu poręcz. I kwiaty nasturcji barwne, z donic glinianych zwisające. Tańczące w trawie kolorowe zające - odbijające się od szyb promienie zachodzącego słońca. Echo radosnych śmiechów i zabaw. Zastanawiam się, czy wciąż jeszcze, pod gruba warstwą kamieni, ziemi i trawy zieleni, spoczywa ta drewniana skrzynia. Przy trzeciej desce płotu, na sześć kroków od kamiennych schodów, gdzie żółtych malin rząd. A w niej kalejdoskop, miedziany pieniążek, sakiewka szkiełek, magiczny koralik i konik drewniany. Pamiątka po pierwszej przedszkolnej miłości. Przede mną jabłoń kochana z korą spękaną, od starości szarą. Częściowo obumarłą. Lecz mimo lat, ta żywa sokiem połowa, co roku wiosną kwiatem białym ciężarna, ciężka od owoców gdy jesienna pora. Stroję okryty jej cieniem, stopami bosymi na mogile „niebek".

      Nikt chyba już nie pamięta „niebek”. Magicznego, podziemnego świata ukrytego pod szkłem. Będąc dzieckiem uwielbiałem je robić . Do „niebek” potrzeba było naprawdę niewiele, odrobinę chęci i wyobraźni. Najpierw należało wykopać dość głęboki dołek, następnie ułożyć kompozycje z kwiatów, kolorowych szkiełek, kawałków potłuczonych naczyń, patyczków, kamyczków, szmatek. Nakryć szkłem, zakopać i zapamiętać gdzie jest ukryte. Zawsze można było wrócić, odgarnąć ziemię, by spojrzeć w nie. Zachwycić się.

poniedziałek, 25 października 2010

Miejcie mnie...



      Miejcie mnie w opiece kamienne amulety nasączone światłem księżyca, otulone pyłem gwiazd. Kolorowe paciorki zawieszone w nadgarstkach, na szyi i te czerwone, wplecione we włosy. Ochronne zaklęcia wypisane bliznami na skórze pod żebrem przez Bogi moje. Miejcie mnie w opiece duchy przodków. Leśne bóstwa, którym jako dziecko nosiłem ciastka i słodkie bułki, chowając je w spękanym pniu starej jabłoni. Czuwajcie nade mną błogosławione żywioły. Chrońcie pradawną magią stare dęby i czarna ziemio. Ukryj w uścisku ciepłych ramion przyjaciółko moja… upleć ażurowe serce ze strzępów mej duszy. Płacz kochana, niech utwardzi je sól szczerych łez… wypełni szarość pustki bursztynowym światłem dobroci oczu Twych. Na powrót ukryj w tabernakulum piersi to serce plecione… zapieczętuj dotykiem ciepłych ust. Klucz zlany z magii słów zatop w przeszłości moczarach…

Czuwaj nade mną przyjaciółko kochana…




Zmierzchem pierwszym...

    

      Zmierzchem pierwszym wyszedłem. Niczym lunatyk po łbach kocich stąpałem. Nie…nie spałem. Wiatr zacinał ostro w twarz, mieszając łzy z deszczu kroplami . Wył z żałością do ucha - Płacz człowiecze, łkaj, niech sól żywota twego spłynie spod ciężkich powiek, goryczy kwasem rysy wyżłobi na zmęczonej twarzy. Spojrzałem ku górze, po szarogranatowym niebie sunęły czarne ptaków cienie. Pod stopami, z cichym szelestu jękiem, pękały liści kruche szkielety. Brnąłem przez ten świat oszalały, konający jesieni rdzawymi brązami. Przez deszcz, łzy i duszy beznadziei szkwał. Po butelkę wódki, by w czterech domu ścianach rozcieńczyć smutek, spowolnić nerwowy puls żył i znieczulić ból. Uśmierzyć dni minionych żal.

Tuż za mną sunął ze spuszczonymi jak sznury szubienic głowami, jak pergamin cienkich i księżyca poświata bladych, rząd najbliższych, tych co odeszli, kochanych. Milczący i smutny korowód umarłych.





czwartek, 21 października 2010

Aniele mój...

     

      Aniele mój. Wciąż żądasz ode mnie różańca słonych łez i kropli krwi. Czemu gdy śpię spijasz z ust słodkość snów pozostawiając jedynie cierpki posmak wymiocin? Drwisz gdy się miotam w cierpieniu i bólu splotach. Obserwujesz z bliska kiedy wiję się, wrzeszczę, sączę z rozedrganych warg pianę kąsany szaleństwa żmijami. Gdy drżącego ciała skórę orze ostre jak topór rzeźnika samotności łoże. Jak spuszczony ze smyczy wściekły pies rozpaczy wyszarpuje mi z żeber duszy ochłapy. Wypij za mnie kieliszek gorzały, kacie mój, Aniele… pij za chwile, za życie, za rany. Zatańcz. Rozłóż w ciemnościach skrzydła ćmy, niech rozświetli  atramentowy mrok elektryczny chłód oczu Twych. Chłostaj duszę mą rządz błyskawicami, bij doświadczeń gradem. Gryź, szarp, drap, tnij aż do krwi. Baw się, bierz póki jeszcze serce mam. Wszystko zniosę… lecz nie dostaniesz, nie posiądziesz Ty mnie...o nie Czarny Aniele. Zapamiętaj te słowa jak pacierz szeptane do ucha każdego wieczora - nadejdzie taki czas, kiedy już ciężkie przymknę powieki, ostatni oddech wyzionę… gdy dobroduszna śmierci wyrwie mnie z ciała, pochwyci w kościste ramiona. Zostaniesz tu sam na wieczność całą. Każdej samotnej nocy,  świtem bladym modlić się będziesz żarliwie o choć jedną, krótką jak mgnienie oka chwilę. By czas bieg zwolnił, cofnął się, zawrócił w odmęty przeszłości zapomniane. By pobyć sam na sam ze mną… raz jeszcze dotknąć… poczuć ciepło bijące ode mnie,  mój Aniele… oprawco kochany.


Z cyklu "Niepokoje moje"...






wtorek, 19 października 2010

Kiedy...

     

      Kiedy przebywam z ludźmi, mówią mi o sobie różne rzeczy. Słucham ich opowieści, wchłaniam każde słowo… ale kiedy dotykam ich opuszkami palców, ukazują się ich prawdziwe twarze, te odarte z warstw, pod którymi  ukrywają się ich nagie dusze. Często zachwycam się, zachłystuje tym skrywanym przed światem wnętrzem. Zdarza się, że płaczę, że smutek dusi mnie w piersi. Zdarza się również, że uciekam z przestrachem w sercu. Niektórzy nie lubią być obnażani, pieczołowicie skrywając  swoje najczystsze JA.


      Z cyklu  Inny Ja...





czwartek, 14 października 2010

Dusi mnie...

 
      Dusi mnie ta myśl, że się nie spełnię …nie zdążę. Zaciska na szyi pętlę strach, że już niebawem, za chwilę skończę się…przeminę. A tak wiele chciałbym jeszcze zobaczyć, zrobić , poczuć. Tak wiele dać…powiedzieć wiele…przemilczeć. Wypełnić. Odnaleźć na ścieżce przyszłości zatarty nadziei mej ślad. Dogonić szczęście. Przemierzyć świat. Wyrwać…wyszarpać z życia najpiękniejsze chwile. Kochać się …smakować…upijać winem.



                                                          Z cyklu "Niepokoje"




sobota, 9 października 2010

Zamknięty pokój...

      Nie chcę powracać do tamtych dni. Nie chcę chwytać klamki i otwierać drzwi. Zamknięty pokój, a w nim ja i Ty. Ciepła jeszcze pościel, niedośnione sny. Cztery ściany w strony świata cztery i rozhulane w oczach mych żywioły. Zaklinam w przydrożny kamień tamten czasu bieg...magię słów...mój smutek i Twój śmiech. zaklinam dotyk, ślinę i kroplę słoną potu...Twoją radość...mój niepokój. zaklinam dzikość Twych źrenic, pożądanie...moje zapomnienie.

...na koniec w kamień zaklinam łez mych różaniec.

piątek, 8 października 2010

Krótki post


      Na podstawie starego obrazka świętego, znalezionego na dnie szuflady.



Praca powstała w spartańskich warunkach, podczas pobytu w Jaworzu. Oczywiście jak zawsze żelopis, papier elfenbens i trochę czasu :-) 


.


wtorek, 5 października 2010

Zapiski z wyjazdu cd...


      Bezdusze 24.09.2010

      Na stole stygnie kawa… porcelanowa filiżanka brzęczy o spodek wprawiona w ruch drżeniem domu, który dygocze jak liść osiki przy każdym przejeździe ciężkiego sprzętu wojskowego. Zza okna dobiegają głośne huki wystrzałów artyleryjskich i serie wybijane z karabinów maszynowych. Odnosi się wrażenie, że obok trwa wojna. Nadszedł czas ćwiczeń. Poligon drawski odżył. Wszystkie drogi są nieprzejezdne. Obok domu z nor uciekają głęboko w las zdezorientowane lisy. Milkną ptaki. Pies z niepokojem nasłuchuje, miota się, szuka w pokoju bezpiecznego miejsca. Po raz kolejny bezskutecznie próbuję dodzwonić się do matki, totalny brak zasięgu. Pewnie znowu zakłócają fale. Przypomniała mi się pierwsza selekcja, to było jakieś 10 lat temu. Leżeliśmy z Monią na pomoście, na jeziorze Trzebuń mały. Rozebrani do naga rozkoszowaliśmy się promieniami słońca. Wsłuchany w śpiew ptaków, szum tataraku i trzcin przysypiałem. Zacząłem śnić, gdy nagle zza drzew wyłonił się śmigłowiec. Gwałcąc błogosławioną ciszę nieznośnym rykiem skierował się w stronę jeziora, poczym zawisł nad środkiem tafli. Boczne drzwi rozsunęły się i z wnętrza maszyny poczęli wysypywać się młodzi mężczyźni. Podnosząc się spostrzegłem nadjeżdżający w stronę pomostów samochód TV i kilka wojskowych gazików. Spojrzałem na Monikę równie zszokowaną jak ja, próbującą niezdarnie, czym bądź zasłonić swój piękny, obfity biust. Powiew idący od śmigieł targał naszymi czuprynami, wzbił w powietrze bieliznę. Na brzegu panowie z kamerami kręcili akcję na jeziorze. Podczas gdy my w potoku przekleństw i klątw przyciskaliśmy do piersi rzeczy, które udało nam się pochwycić w tym szalonym porywie wiatru. W końcu maszyna odleciała. Chłopcy w wodzie płynęli w szalonym tempie ku torowi przeszkód dla płetwonurków znajdującym się między pomostami. Niekompletnie poubierani próbowaliśmy ogarnąć oszalałe burze włosów (w tamtych czasach miałem długie, kładące się lokami za ramiona). Kiedy już wyglądaliśmy w miarę poprawnie, dostrzegliśmy, że jeden z kamerzystów z uśmiechem na twarzy kręci nas. Rozdrażnieni ruszyliśmy w kierunku domu, pozwalając sobie na uszczypliwy komentarz podczas mijania ekipy TV i żołnierzy. Wieczorem spoglądając z ganka na przyozdobione gwiazdami niebo, zaśmiewaliśmy się w głos z paradoksalności całej tej sytuacji. My dzieci wielkiego miasta, w którym może wydarzyć się wszystko, w którym w każdym momencie możesz być zaskoczonym przez telewizję czy radio, zostaliśmy przyłapani w dzikiej głuszy z dala od ludzi i zgiełku świata… w miejscu, w którym nikt by się tego nie spodziewał.

Innym znów razem, podczas kolejnych wakacji, wstałem wczesnym rankiem i wyszedłem z domu by nabrać wodę ze studni. Zaspany, odziany jedynie w szorty i podkoszulek wciągałem wiaderko do góry. W pewnym momencie poczułem na głowie trzy zimne lufy i usłyszałem dźwięk odbezpieczanej broni. Przerażony, odwróciłem się powoli. Przede mną stało czterech żołnierzy, z czego trzech nadal celowało mi w twarz. Najwyższy z nich ciemnowłosy, z lekko skośnymi oczyma zapytał mnie po angielsku, – co tu robię? I oznajmił, że jestem aresztowany. Spojrzałem na niego jak na idiotę, po czym starając się zachować spokój wyjaśniłem mu łamaną angielszczyzną, że wkroczyli na teren prywatny i żądam natychmiastowego spotkania się z ich dowódcom. Zdziwieni, wymienili spojrzenia, rozłożyli mapę, poszeptali między sobą i pobledli. Po czym ten wysoki, skośnooki uśmiechnął się do mnie przepraszająco i wyjaśnił, iż pomyliły mu się budynki ćwiczebne. Tego samego dnia po południu wybraliśmy się z Monią nad jezioro. Po cudownej kąpieli w czystej, chłodnej wodzie postanowiliśmy pójść na skróty przez zagajnik starych lukrecji. Gdy już wychodziliśmy prawą nogą zahaczyłem o zielony drucik. W tym samym monecie ogłuszyła nas seria wystrzałów i nieznośnych świstów. Niebo zabarwiło się na czerwono sypiąc deszczem żółtych iskier. Minęła długa chwila nim doszliśmy do siebie i zrozumieliśmy, że narozrabiało się. Uciekać nie było sensu. Od strony Prostyni mknęły ku nam dwa wojskowe gaziki i jeden żandarmerii. Z drugiej strony słychać było sygnał straży pożarnej i widać biegnącego w naszą stronę mundurowego. Był to pułkownik S. Samochody zajechały nam drogę. Wyskoczyli żandarmi, żołnierze i strażacy. Wpadliśmy pod ogień pytań; co? Jak? Dlaczego? Skąd? Zostaliśmy pouczeni o odpowiedzialności, którą poniesiemy. Staliśmy przytakując głowami, wbijaliśmy wzrok w ziemię, załamując palce ze skruchy. Spojrzeliśmy błagalnie na pułkownika, który nas znał. Ten kręcąc głową załagodził sytuację i oznajmił zebranym, że poniesiemy konsekwencje. Samochody odjechały. Zostaliśmy sam na sam z pułkownikiem, który idąc za nami, nie szczędząc niecenzuralnych słów oznajmił, – że zarajcuje nasz dom do dokoła i rozstrzela jak tylko jedna z nich zabłyśnie na niebie. Rac nie rozstawił, ale bacznie obserwował nasze poczynania, aż do samego wyjazdu. Wiele mieliśmy z Monią Jaworskich przygód. Wiele niesamowitych i niewyjaśnionych wydarzeń, o których być może napiszę, kiedy indziej. Tymczasem rozbawiony wspomnieniami spoglądam na pustą filiżankę kawy i jej wyszczerbiony brzeg.



       Bezdusze 27.09.2010 

       Podstępny Alejandro i nieustraszona Halina…

      O świcie Alejandro Maurycy Ernesto ociera się o mnie… przeciąga… żebrze o dotyk błagalnym miałczeniem. Mruży bursztynowe ślepia. Mruczy z wyraźnym zadowoleniem, gdy zatapiam palce w miękkiej sierści i gładzę pod włos. Rozpływa się w pieszczocie i zapomnieniu, ale od czasu do czasu zerka w pustą miseczkę z nadzieją, że znajdzie dam pyszny kąsek. Obok przysiadła Halinka zjeżona lekko na grzbiecie i przy ogonie. Bacznie obserwuje poczynania kota. Jako pani tych włości zachowuje się nad wyraz grzecznie. Nie goni, nie gryzie, choć widać napięcie w każdym mięśniu, błysk w oku. Siedzi i patrzy. Niecierpliwie wyczekuje najmniejszego powodu by doskoczyć do kocura. Pogonić. Alejandro udaje, że nic sobie z suni nie robi. Zadziera tylną łapkę do góry… prostuje rozczapierzając pazury… zgina się w pół i szorstkim, różowym językiem dokonuje porannej higieny osobistej. Zniesmaczona tym widokiem Halinka podnosi się i powoli zmierza w kierunku domu. Gdy przednimi łapkami przekracza próg podstępny Alejandro cichaczem podbiega do psa i atakuje wbijając pazury w zadek. Rozwścieczona Halina wykonuje salto w powietrzu. Z wyszczerzonymi zębami i wytrzeszczonymi niemal do bólu ślepiami rusza w pogoń za kotem. Napuszona, sycząca kula pędzi przez trawę w kierunku drzewa. Za nią spieniona biała strzała. Tuż pod śliwą kocur unosi się w górę, wczepia pazurami w korę, spogląda za siebie oceniając szybko sytuację i chyca po pniu na duży, bezpieczny konar. Zdziwiony zerka jak sunia wspina się po pochyłym pniu i zbliża niebezpieczne. Nastroszony, zgięty w łuk mruczy ostrzegawczo, po czym parska wyciągając przed siebie uzbrojoną w ostre pazury łapkę. Halina mruży ślepia i nieustraszona podchodzi bliżej i bliżej. Alejandro nie daje za wygraną siada na zadku i atakuje w amoku dwiema łapkami. Uparta sunia jest na tyle blisko by chapnąć agresora. Jak w zwolnionym tempie widzę dwa rzędy ostrych kłów sunących w kierunku kociego łba, i kocie pazury wbijające się w psi pyszczek. Skowyt przecina powietrze jak świst bata. Pies spada z drzewa łapiąc kocura za ogon. Lecą w dół spadając na miękką kupkę skoszonej trawy. Walczą i nagle cisza. Pies podnosi się… z poharatanego pyska kapie krew. Zmierza powoli w kierunku ganka. Za nim kot z trawą wplątaną w sierść. Wchodzą po schodach, siadają naprzeciw siebie przy ławce. Obwąchują, trącają nosami i kładą obok zasypiając, otulone ciepłymi promieniami słońca. Na krótki czas żyją w zgodzie, ale jutro, gdy wstanie świt znów zaczną dzień jak kot z psem i tak od nowa… bez końca.





Halinka


Alejandro


Razem na spacerze w lesie...






      Bezdusze 02.10.2010 



      Czas pożegnań…



      Nadszedł czas wyjazdu… powrotu do zgiełku miasta, pracy, ludzi. Te kilka tygodni minęły jak krótka chwila… jak w mgnieniu oka. Pożółkłe brzozy targane wiatrem płaczą deszczem liści. Bagna przybrały barwy kawy z mlekiem, brązu i rdzy. Na łące cieszą jeszcze oczy; srebrny piołun, czerwone pędy jerzyn, żółte kwiaty wrotyczu, dziurawca, kwitnący dziki tymianek i wrzosowe fiolety. Z wysokich traw wyzierają gdzieniegdzie białe kapelusze pysznych kani. Nad domem przelatują klucze hałaśliwych gęsi. Na rykowiskach powoli zapada cisza. Milkną świerszcze. Tak bardzo nie chcę wyjeżdżać… opuszczać Jaworza… kocham to miejsce… tu chciałbym się zakorzenić… oddać serce tym lasom, jeziorom, krople potu ziemi, tu też chciałby w spokoju i szczęściu położyć się na marach. Niewypowiedziany smutek rozsadza mi piersi, gdy pomyślę, że być może więcej tu nie wrócę. Łza ciśnie się na rzęsę… tyle pięknych, magicznych wakacji… niezapomnianych chwil… niewypowiedzianych zachwytów. Z rozrzewnieniem gładzę dłonią poobdzierane ściany, chropowaty blat starego stołu, rozsiadam się na łóżku rozkoszując trzeszczeniem wyrobionych sprężyn. Wszystko tu wiekowe, przesiąknięte duchem czasu, zapachem minionych lat. Nasiąknięte emocjami. Przesiąknięte mną, Moniką, tymi, co odeszli i pomarli. Na czas zimy dom zasypia, okryty pierzyną puszystego śniegu. Budzi się wiosną, gdy przyjeżdżamy, przekręcamy klucz w drzwiach i rozpalamy ogień pod kuchnią. Mruczy ziewając przez otwarte drzwi. Jęczy zdrętwiałymi deskami przeciągając się. Gdy już drwa trzaskają pieszczone płomieniami, rozgrzewa się serce chałupy… zaczyna bić powoli, miarowo. Dziś atmosfera w domu jest smutna… powoli pakujemy się...na początku wielkie słoje suszonych grzybów- w tym roku samych prawdziwków i kozaków z przewagą czerwonych. Następnie suszone kanie. Przepis jest prosty: moczymy suszoną kanię w mleku przez 20 – 30 minut, następnie obtaczamy w jajku, tartej bułce i na patelnię. Mi osobiście smakują lepej niż świeże, są bardziej aromatyczne i intensywniejsze w smaku. W zamrażalce leżą gotowe do transportu mrożone rydze i kurki… muszę przyznać, że tym roku bezwstydnie objadłem się kurkami; w sosach, w zupie, z jajkami i smażonymi na maśle, z cebulką… rydzów też był wyjątkowy wysyp… te lasy zawsze nas rozpieszczają… to raj dla zagorzałych grzybiarzy. Następnie słoiki z sokiem z czarnego bzu, suszone zioła. Kartony szyszek, wysuszonego mchu, hub i gałązek pokrytych porostem islandzkim. Dopijam wino, sprzątam, zgarniam szmatką kurz i smucę się. Niebo płacze, dziesiątki łez rozbijają się o szybę… w szczelinach okien szumi wiatr… mi szumi w głowie. Chyba się położę… ukryję po ciepłym kocem… prześpię… prześnię to rzewne popołudnie. Może wieczorem powrócą lepsze nastroje.




                                                                Stare Jezioro










Troszkę leśnych cudów






     Poniżej sromotnik bezwstydny zwany również 
      smardzem cuchnącym, śmierdziakiem...






                            I imponujący swoimi rozmiarami Szmaciak gałęzisty...




I sotatni zebrany przed wyjazdem koszyk czerwonych kozaków mieszanych z brązowymi :-)




                            a jeszcze na pocieszenie kilkanaście rydzów i kosz kurek :-)








poniedziałek, 4 października 2010

Zapiski z wyjazdu...

       Bezdusze 17.09.2010

       Bezdusze. Stare, poczciwe Bezdusze. Wciąż mnie zaskakuje... zadziwia, choć znam je od wielu lat. Co krok odkrywa przede mną swoje tajemnice… sekretne miejsca...kilkanaście lat temu wybraliśmy się z Monią na spacer brzegiem starego jeziora. Ciężka była to wyprawa, gdyż jest dzikie, porośnięte wokół gęstym lasem i bujną przybrzeżną roślinnością. Nie ma tam wydeptanych ścieżek, jedynie te utworzone przez zwierzęta, które podchodzą do wody. Nie sposób opisać piękna tego miejsca… trzeba tu być… zobaczyć… poczuć wszystkimi zmysłami. Mogę jedynie powiedzieć, że niewiele jest tak przejmująco uroczych zakątków. Przedzieraliśmy się przez gęste sitowie. Smugi światła padały spomiędzy konarów starych drzew na ziemię pokrytą dywanem kwitnącego na różowo rdestu i fioletowych kwiatów mięty pieprzowej. Wszystko kołysało się w tańcu z letnim wietrzykiem szumiąc wesoło. Na pozwalanych, zmurszałych pniach wygrzewały się jaszczurki. W krótkich trawach pławiły się w słońcu zaskrońce, padalce i zygzakowate żmije. Szczęśliwi chwilą, wolni od zmartwień szliśmy przed siebie, podjadając po drodze słodkie poziomki. Smaku tych leśnych nigdy się nie zapomina. Zajęci rozmową nie zauważyliśmy, że kierunek naszej drogi się zmienił… dopiero uświadomiło nam to wielkie wzniesienie okryte płaszczem jagodzianek, które wyrosło przed nami. Nigdy wcześniej w tym miejscu nie byliśmy. Zaciekawieni postanowiliśmy zobaczyć, co się za nim kryje. Gdy dotarliśmy na szczyt zatkało mi dech w piersiach… z początku myślałem, że śnię, że zwariowałem. Zerknąłem na Monikę, która stała z wytrzeszczonymi oczyma i rozdziawioną buzią… w dole pomiędzy dwoma wzniesieniami dostrzegliśmy ukryte jezioro i nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, iż zamiast wody był tam mech. Wielkie jezioro soczysto zielonego mchu, z którego wyrastały ogromne, porośnięte nim aż po same korony drzewa. Gdzieniegdzie kwitnący przybierał barwy miedzi, czerwieni i brązu. W spękaniach dostrzec można było ciemną wodę. Dookoła panowała absolutna cisza. Zachwyceni niemal zbiegliśmy w dół. Przy brzegu nogi zatapiały się w mchu niczym w puchowej pierzynie. Długo staliśmy oszołomieni, nie mówiąc nic. Pozwalaliśmy nasycić się głodnym źrenicom tym niewypowiedzianym pięknem, by móc zachwycać się tym widokiem w pamięci po latach. A dziś kolejny raz nas zaskoczyło… poszliśmy nad stary, strumień niedaleko domu, zapomniany przez lata, by nazbierać mchu, hub i szyszek potrzebnych nam do pracy. Znów, tak jak przed laty zboczyliśmy ze znanej nam drogi skuszeni grzybami. W zagłębieniu po prawej coś zamigotało między wysokimi paprociami. Ciekawość, którą oboje mamy w naturze wzięła górę i ruszyliśmy w tamtym kierunku. Nie zwracając nawet uwagi na groźnie ryczącego w pobliżu jelenia. To słoneczne promienie bawiły się grzbietami fal, rozpryskując wokół wesołe świetlne migotki. Ponownie kochane Jaworze odkryło przed nami jeden ze swych klejnotów… niezwykłe jezioro, tym razem mniejsze, pokryte żółknącymi już liśćmi grążeli. Brzegi czyste, porośnięte gdzieniegdzie uroczymi kępkami tataraku i wikliną. Całość okala ciemna ściana starego, sosnowego lasu. A w tym wszystkim płynąca dumnie para łabędzi zdziwiona nieco naszą obecnością. Po za tym cisza, przerwana raz po raz pohukiwaniem sowy. Chłód wieczoru i specyficzna woń unoszącej się z ziemi wilgoci. Wracając znalazłem przy drodze kilka niezwykłych „księżycowych” krzemieni i nad strumykiem pierwszy raz w życiu trzy czarne jak węgiel krzemienne „smutki”. Kamienne, magiczne cuda. Poddane zostaną oczyszczeniu czystą, lodowatą, studzienną wodą, a następnie pozostawione księżycowej kąpieli. 

      Bezdusze 19.09.2010

Oblazły mnie dziś smutki… uczepiły się piersi i włosów jak rzepy. Próbuję strzepać je z siebie… zrzucić. Nic nie pomaga… ani łyk gorącej kawy, ni kostka dobrej, gorzkiej czekolady. Nie pomaga wino. Nie pomaga sen. Wczepiły się mocno, małymi igiełkami wbijają się w skórę… zatruwają krew. Otwieram lodówkę, przemierzam wzrokiem każdą półkę w poszukiwaniu czegoś, co pocieszy, przytuli zmysłem smaku… na drzwiach poukładane równo ćwikła, chrzan, musztarda, dżem, mleko i śmietana. Zatopione w ciepłym świetle uśmiechają się do mnie frykasy. Kuszą zapachem, wabią kolorami. Stoję wpatrzony, niezdecydowany. Otulony chłodem otwieram przymarznięte drzwiczki zamrażarki, gdzieś tam powinny być lody… Nie ma… a przecież były. Nie pamiętam, kiedy się skończyły. Kolejny raz zaglądam do pustego barku z nadzieją, że coś tam znajdę… wyszperam. Zrezygnowany przyklejam się do rozgrzanego pieca, ciepło rozpływa się po plecach. Zrobiło się miło. Zamykam oczy, wciągam głęboko powietrze. Nic mi się nie chce.

       Bezdusze 21.09.2010 
     
       Gdy z bagien nadchodzą mgły…

      Nocą, gdy z bagien nadchodzą gęste mgły, nienazwany lęk zaciska mi krtań. Z niepokojem spoglądam jak powoli sunie… rozlewa się po łące… wdziera w śpiący las. Gdy zbliża się do domu zamykam dobrze drzwi. Nie wychodzę na zewnątrz. Unikam mgły… jej lepkiej wilgoci i chłodu. Jako dziecko bałem się, że gdy wejdę w jej mleczną głębie, zgubię się… zginę. Dziś mniej boję się samej mgły, a bardziej tego, co się w niej kryje. Jak mawiała moja prababka, w jej chłodnych odmętach ukrywają się potępieni… przeklęci… niespokojne byty pragnące pochwycić twą duszę… zawładnąć ciałem… a jeszcze inne kuszą słodkimi słowy… wiodą na zatracenie… i te smutne, niespełnionej miłości ofiary, co sznur ciągają po ziemi lub straszą przeciętymi w nadgarstkach żył korzeniami… snują się w niej też trzęsawisk topielce i duchy niechcianych dzieci, niemowląt porzuconych nocą w ciemnym, zimnym lesie… i tych, co zbłądzeni w kniejach utracili życie… wielu jest mgielnych mieszkańców… nie sposób ich zliczyć.

Kiedyś wracając późną nocą przez mostek, obok którego stał stary młyn, z mgły od strony bagien dobiegł mnie stłumiony głos. Zdziwiony przystanąłem. Ponownie usłyszałem głos. Był ciepły i miły. Biski i daleki za razem. Namawiał bym podszedł bliżej. Dreszcz przebiegł mi po plecach. Coś wewnątrz mówiło, bym nie słuchał i czym prędzej odszedł, co niezwłocznie uczyniłem. Aż do ganka czułem na plecach lodowate, nieprzyjazne spojrzenie. Innym znów razem około trzeciej nad ranem krzyki wyrwały mnie ze snu. Podszedłem do otwartego okna. Z sypialni na piętrze mam widok na bagna i las. Nie dostrzegłem jednak nic, ponieważ mgła była wyjątkowo gęsta. Wróciłem do łóżka. Prawie zasypiałem, gdy od strony mokradeł usłyszałem śmiech dziecka niknący powoli w oddali. Zapaliłem świece ( w tamtym czasie w domu nie było prądu). Z natury nie jestem strachliwy, ale tamtej nocy nie mogłem opanować drżenia. Najbardziej jednak przerażającym doświadczeniem, jakie spotkało mnie na Jaworzu było spotkanie twarzą w twarz. Późnym wieczorem, po godzinnych opowiadaniach śp. babcia Kasia i Monika poszły na piętro. Rozebrałem się, napełniłem miskę ciepłą wodą. Odświeżyłem twarz, szyję, piersi i pachy. Ciepło buchało z uchylonych drzwiczek kuchni. Drzewo trzaskało przyjemnie. Gdy zacząłem myć intymne części ciała poczułem się nieswojo miałem wrażenie, że jestem obserwowany. Pomyślałem, że to głupota, szaleństwo, przecież nikogo tu nie ma. Płukałem się dalej, jednak wciąż nie opuszczało mnie to dziwne uczucie, kiedy ktoś zawzięcie spogląda na ciebie. Podniosłem wzrok i spojrzałem w okno na przeciw. Zamarłem. Na zewnątrz widniała przyciśnięta do szyby twarz. Pociągła, blada, z której wyzierały przerażające oczy. Minęła chwila nim pojąłem, że to duch. Nikt, bowiem nie mógł wspiąć się i zajrzeć do środka… kuchenne okno usadowione jest bardzo wysoko i bez drabiny nie ma szans. Przerażony nie zwracając uwagi na to, że jestem nagi, czym prędzej pobiegłem schodami na górę w połowie drogi usłyszałem jeszcze za sobą straszne walenie i szarpanie w wejściowe drzwi, jakby ktoś chciał je wyrwać. W między czasie na korytarz wybiegła z pokoju Monika pytając - co się stało?. Nie byłem w stanie jej powiedzieć, wydusiłem jedynie, że za drzwiami jest coś złego. Chwyciła mnie za rękę i ruszyliśmy z powrotem na dół. Nie działo się nic. Cisza zupełna, gdy nagle będąc u dołu schodów usłyszeliśmy, że na ganku za drzwiami rozpętało się piekło. Coś tłukło, waliło wściekle w drzwi. Kot syczał niemiłosiernie, jakby ktoś obdzierał go żywcem ze skóry. Monia przerażona uciekła na górę zostawiając mnie samego. Po chwili jednak wróciła, wciągnęła głęboko powietrze i z impetem wyskoczyła na dwór. Niezwlekając wybiegłem za nią. Na zewnątrz nie było nikogo… tylko księżyc, cisza i gęsta mgła.