Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Dadzio Henio i tajemnica świątecznego drzewka




      Każdej Wigilii przy Santockiej  zbierała się rodzina, ta z miasta, bliskich i dalekich okolic oraz ta z odległych krajów. Przed południem dziadzio przynosił ukrywaną wcześniej w piwnicy świeżą choinkę tak piękną, aż zapierało dech. Żywiczny zapach unosił się w powietrzu mieszając z woniami  korzennych ciast i pomarańczy, które cieszyły w tamtych czasach jedynie w świąteczny czas. Cudny świerk, każdego roku był niezwykły. Gęsty, kształtny bez wyrośniętego czubka. zupełnie jak z bajki. Jakże inny od tych, które widziało się u sąsiadów przez okna. Robione w przeddzień ozdoby z papieru, słomy, pazłotek i tasiemek czekały na zawieszenie. Mama z cioteńkami krzątały się po domu, przygotowując stół. Cukierkowe sopelki i inne kolorowe słodycze znacznie uszczuplone po minionej  nocy babunia zbroiła w zawieszkę. A ja… ja uwielbiałem rozpakowywać pozawijane w papier szklane, ręcznie malowane bombki, muchomorki, bałwanki, mikołajki, skrzaty i inne cudeńka.
Patrząc dziś na świerki,  które zrzucał z samochodu znajomy, ogarnęła mnie tęsknota i ochota na  piękne drzewko. Mamuśka w przypływie wielkiej radości przytuliła się do srebrnego iglaka i widać było w oczach, że nie puści, nie odda bez walki.
- A  Ty synku, który bierzesz – spytała.
- Marzy mi się taka jak dawniej – westchnąłem.
- Wyczaruj  jak dziadek.
Spojrzałem na nią  zdziwiony.
- Jak to? … Wyczaruj?
Mama uśmiechając się po nosem i zaczęła opowiadać.
Dwa dni przed Świętami zaopatrzony w termos i kanapki dziadzio znikał z domu. Nikt nie wiedział w jakie niosło go lasy. Nikt też nie wiedział kiedy wróci. Ale gdy już wchodził późną nocą do domu słychać było jak radośnie nuci pod nosem krzątając się po kuchni, po czym uśmiechnięty zasypiał w swoim ulubionym fotelu. Pewnego razu mała Ela, po której odziedziczyłem ciekawość i ciągłą potrzebę przygody, wymknęła się późnym wieczorem z domu niesiona nieodpartą chęcią pokręcenia się wraz ze spadającymi płatkami śniegu. Będąc na dole klatki schodowej usłyszała pogwizdywanie dziadka dobiegające z piwnicy. Cichutko zeszła po schodach i przemykając się długim korytarzem kierowała w stronę smug światła przedzierającego się przez szpary drzwi. Kiedy była już tuż pod,  podekscytowana przyłożyła oko do szpary. Na stołeczku siedział tata Henio, a przed nim, umocowany w metalowym stojaku o kształcie trzech siedzących krasnali stał świerk.  Obok leżała sterta świeżych gałęzi. Rozgwizdany dziadzio nawiercał w pniu dziurki, po czym dopasowując i ostrząc końcówki gałązek wciskał je delikatnie w drzewko. Tak oto powstawały najpiękniejsze choinki świata i tak oto w ułamek sekundy opadły mgły, spowijające przez niemal czterdzieści lat mojego życia tajemnice świątecznego drzewka Dziadzia Henia. 

.

poniedziałek, 11 czerwca 2012

Zapach lilii...


      Nadciąga burza sypiąc piaskiem w stronę schodów. Kłęby suchych traw przetaczają się przez podwórze zabierając ze sobą uciekające w pośpiechu żuki. Zdezorientowane muchy wciskają się w szpary okiennic. Po korytarzu szaleje wiatr. Wieje i zawiewa. Na piętrze stara, poniemiecka szafa tłukąc skrzypiącymi skrzydłami drzwi jęczy pragnieniem wzbicia się pod dach… nad… ponad to wszystko. Zapomniane palta strzepują z kołnierzy ciężki kurz. Słomiane maty zwijając się z przestrachu suną w bezpieczny kąt, płosząc gazety, które jak stado mew wzbiły się do lotu i tłuką stronicami o szyby. W całej chałupie zaczyna się ruch… wszystko ożywione wiruje i tańczy. Skłębione, czarne chmury niczym wzburzone, sztormowe morze przepływają za ramami okien strasząc pomrukami grzmotów i żyłami błyskawic. Białe firany, niby welony nieszczęsnych topielic unoszą się pod sufitem. Pojedyncze, grube krople jak łzy olbrzyma bębnią o spody kolorowych garnków zawieszonych na płocie, pod którym nieśmiało pękły pierwsze kwiaty lilii… Woń ich przywołuje słodkim, duszącym zapachem wspomnienia o ukochanych spoczywających w kołyskach trumien. O mrokach kapliczek, w których żegnałem się z nimi kładąc ostatni pocałunek na wystygłych ustach, spoglądając na woskowe twarze z niedosytem, by jak najwięcej zapamiętać, sczytać z martwych rysów nim skryły je wieka. Przywołuje wspomnienie każdego bębnięcia grudy ziemi o drewno, zgubionej łzy, co kładła na kolana. Deszcz tłucze, a ja siedzę na spękanym krześle, tkwię w bezruchu czując się jak aktor, który nie otrzymał angażu… niepotrzebny… dla którego nie ma już żadnej roli.

.

wtorek, 6 marca 2012

Rozsypane korale...


      Zacięta płyta. Panika. Wyrzucony przez okno klucz.. Wyłamywanie drzwi. Półnaga ciocia w łóżku jak na pięknym, starym obrazie, z dłonią leżącą na podłodze…z dłonią wokół której pigułki niczym rozsypane korale odbijają się od brudnej, zgniłej zieleni dywanu. Patrzę na jej długie, kruczoczarne loki rozrzucone na poduszce, nożyczki i uchylone, brudne od wybroczyn usta. Mam siedem lat. Przerażona babcia tuli ją do piersi zawodząc płaczem. Dziadek miota się po korytarzu. Mama dzwoni po pogotowie. Stoję i wiem, że moja ukochana ciocia umiera, że ramiona jej męża, które powinny ją chronić przed złem świata…stały się imadłem w którym kona. Podchodzę powoli, gładzę ciocię po policzku. Proszę cichutko, by otworzyła oczy. I otworzyła szeroko głębokie i ciemne jak dno studni. Zwymiotowała i zamykając je na powrót wyszeptała - przepraszam.

Czasami powracają do nas obrazy, o których wolelibyśmy zapomnieć.

.

czwartek, 1 marca 2012

Noce cieni...



      Okno mojego dawnego pokoju wychodziło na podwórze porośnięte krzewami starych lilaków otulających ciepłe, majowe noce zmysłową wonią. Ich białe, drobne kwitki niczym wiatraczki wirowały spadając na ziemię. Gdy już osypały się wszystkie dziadek zaśmiewając się żartował, że idzie zamieść śnieg z ogródkowej ścieżynki. Wiekowa jabłoń, która rosła tuż za szybą straszyła mnie cieniami powykręcanych gałęzi w wietrzne noce… czasami skrzypiała jak wieko trumny, innym razem trzeszczała złowrogo lub rzucała na boki przerzedzaną czupryną. Długie, gładkie firany rzeźbione językiem wiatru wślizgującego się przez uchylone okno przybierały kształty zakapturzonych mnichów, duchów i innych obrazów malowanych przez bujną wyobraźnię. Jako dziecko cierpiałem na bezsenność, nikt nie wiedział dlaczego, ja sam twierdziłem zawsze, że kocham noc bardziej od dnia, bo jest cicha, tajemnicza i pełna niezwykłości. Często wyskakiwałem z łóżka, które stało na wprost okna i siadywałem na parapecie zanurzając się w marzeniach albo zrzucałem pościel na podłogę i tam moszcząc sobie wygodne gniazdko wyświetlałem na ścianie bajki ze slajdów, ileż było w nich piękna i magii. Podczas bardzo ciężkiej choroby, gdy przez długie tygodnie nie byłem w stanie zejść z łóżka, każdej księżycowej nocy bawiłem się cieniami rzucanymi poprzez układ dłoni, rąk i wycinanych z papieru za dnia rekwizytów. To były cudowny czas… ulotnego dzieciństwa. 



.

sobota, 25 lutego 2012

Zanurzając się...


      Niegdyś podczas kąpieli uwielbiałem zanurzać twarz pod wodę. Stara, mosiężna wanna z uszczerbioną na krawędzi emalią była na tyle duża, że kładło się na dnie z wyprostowanymi nogami. Biorąc głęboki wdech zanurzałem się pozwalając, by głowa lekko opadła na dno. Oczarowany mieniącymi się na powiekach smugami światła przedzierającymi się przez powstałe na powierzchni zmarszczki, wsłuchiwałem się w bicie serca i inne zniekształcone, przytłumione dźwięki. Leżałem w tym magicznym podwodnym świecie tak długo, jak długo mogłem, zapominając czasem o wynurzeniu się i zaczerpnięciu powietrza. Nieraz otwierałem oczy i unosząc wyciągnięty palec tuż pod wodną taflę, tańczyłem na tej płynnej granicy opuszkiem malując przecudne zawirowania, zygzaki i węże. Ostatni raz zanurzyłem twarz i otworzyłem oczy mając naście lat. Długie włosy falowały niczym wodorosty barwiąc czerwienią wcieranej w nie wcześniej wilgotnej bibuły, krwawiły wraz z pękniętym sercem ranionym pierwszą, niespełnioną miłością.


piątek, 3 lutego 2012

Nocą...



      Nocą za oknem pisała się bajka wirującymi, grubymi płatkami śniegu spadającymi leniwie niczym pierze z rozdartej poduszki. Biały puch osadzał się powoli na gałązkach wysokich iglaków. Okrywał szaroburości łąk najeżonych kolcami suchych badyli. Im więcej przybywało śnieżystości, tym więcej budziło się w sercu dziecięcej radości. Ochoty, by wybiec jak niegdyś i kulać się po chłodnej pierzynie. Obracać wraz z wirującymi śnieżynkami. Otrząsać z kryształków gałęzie wiszące nad głową. Niestety, przeziębiony organizm domagał się gorącej herbaty z leśnymi malinami wekowanymi latem. Przyczłapawszy z kubkiem zasiadłem wygodnie na fotelu i otuliwszy się kocem spoglądałem przez okno w przeszłość, gdzie w zdobionych kwiatami mrozu szybach wydrapywało się dziurkę, by wyjrzeć. W szczelinach wył wiatr, a na zewnątrz szalały prawdziwe śnieżyce. W pokoju spowitym ciepłym, pomarańczowym światłem wyzierającym spod abażuru nocnej lampki stojącej w kącie, na wielkim fotelu siedział dziadzio z dłońmi zaplecionymi na brzuchu. Siedział i snuł przepiękne opowieści. Babcia otulona papierosowym dymem, uśmiechała się spoglądając na dziadka z tą miękkością znaną tylko zakochanym. Uśmiechała się do nas, wnucząt skłębionych na dywanie u stóp dziadka. Uśmiechała się do mnie …poprzez obrazy zapisane lata temu znów spoglądała ma mnie, a ja na nią. Tylko mój uśmiech był nieco smutny, bo wiedziałem, że za chwilkę jej twarz się rozmyje.





sobota, 13 sierpnia 2011

Deszcz, kolorowe stopy i wspomnienia...



      Dziś, a właściwie już wczoraj późnym popołudniem wybrałem się z psem na spacer dookoła jeziora. Mniej więcej w połowie drogi, kiedy zbierałem pyszne kurki niebo pociemniało,  przybrało barwę stali mieszanej z  brudny granatem. Grzmiało i dudniło  złowieszczo jękami ścierających się ze sobą chmur rozczochranych. Nagle lunęło… zapłakało tak strasznie, że w ciągu kilku minut byłem zupełnie mokry, grube krople zalewały oczy, mokre ciuchy przylegały do ciała,  a ja byłem szczęśliwy… przepełniony tym cudownym uczuciem wolności. Biegnąc w kierunku domu wskakiwałem w kałuże i rozbryzgując wodę dookoła chichotałem jak dzieciak. Kiedy już znalazłem się w chałupie szybko napaliłem w kuchni, przemarznięty rozebrałem się  do naga i przysiadłszy  na dziadkowej ławeczce obok grzałem się  popijając pyszną,  gorącą kawę. Najpierw rozbawiły mnie pomarszczone i ufarbowane od skarpet i trampek stopy w kolorze brązu i zieleni, potem skręcone w spiralki włosy na nogach, a gdy w końcu wzrok mój padł na krocze ubawiłem się do łez. To co powinno dyndać dumnie, skurczyło się  mniej więcej do wielkości kciuka. Pomyślałem sobie - matko, a gdyby tak teraz stanął ktoś w drzwiach i spostrzegł, dojrzał, zobaczył, spaliłbym się ze wstydu… tak jak kilka lat temu podczas jazdy rowerem polną drogą z grupą znajomych, gdy wkręciła się mi w łańcuch nogawka rozrywając się na szwie aż po krocze… ale to nie poszarpana nogawka, ani wyzierające spod zawiniętych bokserek genitalia przyczyniły się do płonącej wstydem twarzy, tylko to, na czym ta twarz się zatrzymała, a dokładnie zatopiła w końcowej fazie upadku. Kiedy odkleiłem facjatę od jeszcze ciepłego podłoża i dostrzegłem w jakie gówno wpadłem, wiedziałem że nic mi już przed kpiną innych nie pomoże, ani ucieczka, ani płacz… więc uniosłem ją dumnie i odwracając się do przyjaciół z szerokim uśmiechem rzekłem – naturalne krowie, dla cery samo zdrowie!



sobota, 2 lipca 2011

Kiedy w końcu...



      Będąc dzieckiem często siadywałem na kamiennym parapecie spoglądając na przyozdobione cekinami gwiazd niebo. Patrzyłem na księżyc, wielki wóz, mieniącego się na czerwono Marsa i drogę mleczną zastanawiając się, czy gdzieś tam, w odległej galaktyce istnieje życie… a jeśli tak to w jakiej formie. Czy anatomią zbliżone jest do stworzeń zamieszkujących naszą piękną planetę Ziemię. Czy może te byty to forma czystej energii przybierającej kształt iskrzącej się kuli? Albo przypominające kolorowe  smugi, czy też chmury cudowne twory z gazów. A może to coś czego nie jesteśmy w stanie zrozumieć? Tak, czy siak często zadawałem sobie to pytanie i rysowałem… gryzmoliłem na karteluszkach przeróżne cudaczne stwory. Pewnej nocy jak zwykle zasiadając na parapecie zapytałem w myślach – kiedy w końcu zabierzecie mnie do domu? Teraz śmieję się z tego, ale pamiętam tamten dzień i noc  bardzo dokładnie.  Byłem w trzeciej klasie podstawówki… w szkole jak zwykle na przerwie zaszyłem się w kącie i czytałem. W pewnym momencie podszedł do mnie jeden ze starszaków i zapytał czy zagram z nimi w piłkę, spojrzałem na niego lekko zdziwiony i odpowiedziałem, że szkoda mojej energii i cennego czasu na głupie i niczego nie wnoszące w moje życie kopanie w piłkę i bieganie za nią. Jeśli znajdzie jakąś logistyczną grę i zechce w nią pograć to zapraszam albo jak najdzie go potrzeba porozmawiania o egzystencji, przemijaniu lub śmierci. Spojrzał na mnie i wycedził przez zęby – kosmita. Przyznam ubodło. Dziwakiem byłem, nie zaprzeczam… zawsze wyrażałem się na swój sposób, ubierałem jak chciałem i robiłem co chciałem ( i tu wielkie podziękowania dla ukochanych rodziców za wyrozumiałość w moim względzie… szanowanie  inności, sposobu bycia i autonomii oraz za wszystkie cudowne rozmowy, opowieści przenoszące mnie w inny świat, te uczące miłości do życia… do wszystkich jego form i te które wszczepiły we mnie wciąż palącą potrzebę zrozumienia… nieoceniania i poszanowania wszelkich odmienności, ale o nich wyskrobię kiedyś notkę ) Wracając do tamtego dnia pomyślałem sobie, że może tkwi odrobina prawdy w tym co powiedział starszak …jakby nie patrzeć odstawałem nieco od rówieśników i nie tylko. Dla nich byłem obcy… oni dla mnie nijacy, z wyjątkiem pewnej piegowatej dziewczyny z burzą loków na głowie.

Tak więc dziś, w Światowy Dzień UFO… przysiądę w Bezduszu przed domem i zapytam  spoglądając w górę – kiedy w końcu….?

Poniżej kilka fascynujących piktogramów, które za każdym razem gdy się na nie natknę zapierają mi dech w piersiach...


 
Źródło

Źródło

Źródło

Źródło

Źródło

Źródło

Źródło
                                               Popodziwiać więcej można Tu

                                           

.

piątek, 21 stycznia 2011

Bezsenność...

     

      Kolejna bezsenna noc w towarzystwie kawy, ciasteczek i wina. Obłożony zdobnymi kartonami, z psem grzejącym mi stopy, przeglądam ich zawartość oddając się sentymentalnej podróży. Tyle niezwykłości ukrytych pod warstwą kurzu i zapomnienia. Tyle emocji zapisanych na kartkach miłosnych listów…wspomnienie pierwszego pocałunku…ten trzepot serca…drżenie rąk i nóg…stan omdlenia…tej jakże słodkiej, narkotycznej nieprzytomności. Pierwszy skradziony dotyk przypadkowym otarciem…zaciągnięcie się zapachem włosów i skóry. Listów pełnych ciepła od przyjaciół i znajomych. Piękne ołówkowe architektury autorstwa Sydonii i witrażowe, krakowskie serduszko od niej na szczęście i spełnienie w miłości, z czasów studiów. Drewniany konik podarowany mi przez nieznajomą, starszą Panią…gdzieś, kiedyś. Dziesiątki zapisek…zlepków myśli na karteluszkach. Kolekcja suszonych, czterolistnych koniczyn, kolorowych jesiennych liści. Kamyczki, patyczki, pióra. Stare notatniki, kalendarze. Wpisy na pożółkłych stronach pamiętnika z dzieciństwa…babciny, pięknie zdobiony z cudownym i jakże okrutnie dziś bolącym aforyzmem –

jak ten stary kamień
na grobowcu wsparty
czasem przechodnia zatrzyma
tak Ty przeglądając pamiętnika karty
spójrz na mój podpis oczyma

zawsze kochająca Janka

      Smutek, tęsknota, radość, wspomnienia. Twarze zmarłych uśmiechających się ze zdjęć…tak przewrotnie żywe…tak kochane. Najdroższy przyjaciel, piękna Saba… owczarek niemiecki otruty przez sąsiada. Szczerze mówiąc bałem się zaglądać, przeglądać, czytać ale teraz czuję, że było mi to potrzebne…



niedziela, 28 listopada 2010

Strachy...



      Jako dziecko bałem się nadchodzących nocy. Wiedziałem, że gdy tylko miasto spowije mrok a domownicy utoną w ramionach Morfeusza, nadejdą strachy. Wypełzną z ciemnych zakamarków, szczelin podłogi, szuflad i starej skrzyni. Pierwszą czynnością po zgaszeniu  przez mamę światła, było szczelne opatulenie się, i odbywało się w następujący sposób. Podkładało się brzeg kołdry pod prawy bok, potem pod lewy…następnie podrzucając kołdrę zawijało się w powietrzu jej górną część pod nogi. Było to, tak zwane przeze mnie, spanie na mumię. Nie wystawało nic prócz nosa, co dawało mi to miarowe poczucie bezpieczeństwa. Nie wiem dlaczego, ale do wieku lat siedmiu budziłem się między 2:00  a 3:00 w nocy. Właściwie budziły mnie szepty i dziwne drapania. Pierwsze spojrzenie padało na oświetloną  nikłą poświatą ulicznej lampy szafę, której drzwiczki wiecznie były uchylone, a przecież przed położeniem się sprawdzałem….zamykałem. Dalsze spanie nie byłoby możliwe bez zamknięcia drzwiczek…zawsze uważałem, że szafa jest bramą do innych światów, windą do królestwa sennych koszmarów, że w jej ciemnym wnętrzu, za porozwieszanymi ciuchami kryją się przerażcze, które karmią się naszymi lękami, a w kieszeniach kurtek gnieżdżą się małe wyjątkowo  podłe wyjce. Fale panicznego strachu zalewały mnie, gdy spuszczałem nogi z łóżka. Zaciskałem z całej siły powieki i zagryzałem wargi. kiedy stopy dotykały zimnej posadzki. Obawiałem się, że coś chwyci mnie za kostki i wciągnie pod łóżko, albo ugryzie w piętę. Łóżko miałem piękne, z drewnianymi bokami, na solidnych nóżkach i dużą  przestrzenią pod spodem. Serce łomotało w piersiach przy każdym kroku mocniej i mocniej, gdy zbliżałem się do szafy. Trzepotało jak  uwięziony na strychu motyl, kiedy opuszkami palców dotykałem zimnego klucza. Wciągałem powietrze głęboko w płuca, wstrzymywałem oddech  i szybkim ruchem zamykałem wrota i przekręcałem zamek, po czym pędem biegłem z powrotem do ciepłej pościeli, bezpiecznego azylu. Pewnej nocy zdarzyło się coś jeszcze. Jak zwykle obudziłem się nad ranem. W pokoju panował straszliwy ziąb, choć za oknem królowała letnia noc. Mój niepokój wzbudziła dziwnie poruszająca się zasłona. Falowała, choć nie było wiatru,  odniosłem wrażenie, że coś się za nią przesuwa.. Bałam się jak cholera, ale byłem z  tych dzieci co zakrywają dłońmi oczy i ukradkiem podglądają przez szpary między palcami. Ciężka zasłona opadła, zesztywniała, po czym  wyłonił się zza niej cień wysoki i chudy zmierzający w moim kierunku. Zamarłem. Nie byłem w stanie ruszać się …krzyczeć. Dziwna, rozmyta postać zbliżyła się do łóżka od strony nóg. Pokój wypełnił się zapachem przegniłych szmat i wilgotnej ziemi. Przystanęła. Wpatrywała się we mnie przez dłuższą chwilę a następnie rozmyła się jak dym z papierosa. Ta noc była początkiem Nowego, ale o tym kiedy indziej. Nie spałem do rana. Kiedy opowiedziałem o tym wydarzeniu mamie przy śniadaniu, spojrzała na mnie z przestrachem i pogrążyła się w zamyśleniu. Nie powiedziała nic, ale wiedziałem, że zbliża się czas poważnych rozmów Przez wiele późniejszych lat nie gasiłem światła. Do dziś jeszcze zdarzają się noce, gdy zasypiam przy zapalonej lampce…gdy wyczuwam, że się zbliżają.


środa, 17 listopada 2010

Kiedy nadszedł...



      Kiedy nadszedł ten dzień, nie płakałem, nie krzyczałem. Na sali zapadła cisza…Mama po bardzo ciężkim porodzie bała się, że jestem martwy. Ogarnięta paniką błagała lekarza by podał jej syna. Rosły ginekolog  Szpitala Wojskowego spojrzał na nią z politowaniem i wycedził przez zęby, żeby nie popadała w histerię, że z dzieckiem wszystko w porządku. Do jej uszu doszedł odgłos klepnięcia i cichuteńkie, króciutkie kwilnięcie. Po czym zobaczyła mnie…Jak mówi, pierwsze co dostrzegła to wielkie  błękitne oczy, które smutnie spoglądały na świat. Z czasem nabrały zieleni z domieszką  bursztynu, brązu i szarości. Każdy, kto w nie zaglądał, czuł się nieswojo. Jak mawiała babcia, odnosiło się wrażenie, że mój wzrok przechodzi przez ludzi, wertuje  ich i sięga głęboko. Że bije z nich smutek…do dziś ten smutek tkwi we mnie, nienazwany…Nawet kiedy się śmieję, kiedy jestem radosny, odbija się w zwierciadłach oczu. Noszę go głęboko w sobie, w piersiach. w duszy splocie. Drży na wargach i w opuszkach palców. Jest w niemal każdej komórce mego ciała. Smutek jest mną a ja nim. Nie da się go nazwać, ubrać w słowa, wyjaśnić czym jest podszyty i skąd się bierze. Istnieje sam z siebie. A ja, cóż, pomimo niego, jak każdy potrafię się śmiać, mam chwilki radości, szczęścia  i uniesień. Kocham łapać wiatr we włosy, wdychać zapach rozgrzanego słońcem lasu i żywicznych szyszek. Zanurzać się wczesnym świtem w chłodnej wodzie, którą otula gęsty, mleczny płaszcz mgły. Umościć sobie letnią nocą  gniazdo z traw i spoglądać w niebo obwieszone girlandami gwiazd, upajać się pełniami księżyca srebrzystymi, wschodami  i  słońca zachodami purpurowo – złotymi…ale za każdym razem, gdy słońce tonie za horyzontem  ogarnia mnie smutek…że być może to ostatni  raz…że już więcej nie zdarzy się…że zgaśnie oczu mych smutny blask…a wraz z nim odejdę i ja.




      Na górze, po prawej, jest wielki pokój z dwoma oknami wychodzącymi na lasek i starą hydrofornię. Jesienią, gdy noce są już chłodne przez wybitą szybę wlatują motyle... całe dziesiątki. Kiedy tam wchodzę wzbijają się spłoszone do lotu. Jest ich tak wiele, że czuć na twarzy delikatny powiew i słychać szeleszcząco -  papierowy trzepot skrzydełek. Otwieram okno i staram się je wypłoszyć…te, co zostają chwytam delikatnie w dłonie i wypuszczam na wiatr. Ale one zawsze wracają…wracają i wracają.  Wiosną  podłogowe deski, zdobione tunelikami  wygryzionymi przez korniki, pokrywa kolorowy dywan.  Przy każdym kroku skrzydełka unoszą się i tańczą w powietrzu. Wirują, po czy powoli spadają kładąc się na ziemi, nie wiem dlaczego, ale prawie zawsze kolorowym wzorem.


A to moje piwniczne okienko, letnimi wieczorami wdzierają się przez nie ogniste- złote promienie zachodzącego słońca, zalewając ciepłym blaskiem mroczne zakamarki magazynku.  


środa, 27 października 2010

W ogrodzie wspomnień...

     

      Dlaczego tak boli, tak rozrywa od wewnątrz szponami tęsknoty powrót ścieżką wspomnień do czasu dzieciństwa, tych lat beztroską słodkich. Kiedy otwieram furtkę do zapomnianego ogrodu, stąpam po porośniętej, krętej drodze, serce mi bije, pulsują skronie. Zaglądam w tajemne zakamarki i walącej się szopy schowki. Mijam zwierząt ukochanych groby, grzebanych w puszkach po ciastkach. Kolorowymi gałgankami do snu otulonych. Uśmiecham się do nich. Pod krzakiem bzu fioletowego widzę machającego do mnie misia szmacianego. Zaginionego przed laty. Chwytam go w dłonie. Przecieram z guzikowego oczka łezkę, tulę mocno w ramionach. I znów tak piecze, tak boli rozcięte kolano, krwawiący łokieć. Spoglądam ku górze w białe ramy okien, widzę babcię uśmiechniętą, opartą o balkonu poręcz. I kwiaty nasturcji barwne, z donic glinianych zwisające. Tańczące w trawie kolorowe zające - odbijające się od szyb promienie zachodzącego słońca. Echo radosnych śmiechów i zabaw. Zastanawiam się, czy wciąż jeszcze, pod gruba warstwą kamieni, ziemi i trawy zieleni, spoczywa ta drewniana skrzynia. Przy trzeciej desce płotu, na sześć kroków od kamiennych schodów, gdzie żółtych malin rząd. A w niej kalejdoskop, miedziany pieniążek, sakiewka szkiełek, magiczny koralik i konik drewniany. Pamiątka po pierwszej przedszkolnej miłości. Przede mną jabłoń kochana z korą spękaną, od starości szarą. Częściowo obumarłą. Lecz mimo lat, ta żywa sokiem połowa, co roku wiosną kwiatem białym ciężarna, ciężka od owoców gdy jesienna pora. Stroję okryty jej cieniem, stopami bosymi na mogile „niebek".

      Nikt chyba już nie pamięta „niebek”. Magicznego, podziemnego świata ukrytego pod szkłem. Będąc dzieckiem uwielbiałem je robić . Do „niebek” potrzeba było naprawdę niewiele, odrobinę chęci i wyobraźni. Najpierw należało wykopać dość głęboki dołek, następnie ułożyć kompozycje z kwiatów, kolorowych szkiełek, kawałków potłuczonych naczyń, patyczków, kamyczków, szmatek. Nakryć szkłem, zakopać i zapamiętać gdzie jest ukryte. Zawsze można było wrócić, odgarnąć ziemię, by spojrzeć w nie. Zachwycić się.

sobota, 9 października 2010

Zamknięty pokój...

      Nie chcę powracać do tamtych dni. Nie chcę chwytać klamki i otwierać drzwi. Zamknięty pokój, a w nim ja i Ty. Ciepła jeszcze pościel, niedośnione sny. Cztery ściany w strony świata cztery i rozhulane w oczach mych żywioły. Zaklinam w przydrożny kamień tamten czasu bieg...magię słów...mój smutek i Twój śmiech. zaklinam dotyk, ślinę i kroplę słoną potu...Twoją radość...mój niepokój. zaklinam dzikość Twych źrenic, pożądanie...moje zapomnienie.

...na koniec w kamień zaklinam łez mych różaniec.

wtorek, 5 października 2010

Zapiski z wyjazdu cd...


      Bezdusze 24.09.2010

      Na stole stygnie kawa… porcelanowa filiżanka brzęczy o spodek wprawiona w ruch drżeniem domu, który dygocze jak liść osiki przy każdym przejeździe ciężkiego sprzętu wojskowego. Zza okna dobiegają głośne huki wystrzałów artyleryjskich i serie wybijane z karabinów maszynowych. Odnosi się wrażenie, że obok trwa wojna. Nadszedł czas ćwiczeń. Poligon drawski odżył. Wszystkie drogi są nieprzejezdne. Obok domu z nor uciekają głęboko w las zdezorientowane lisy. Milkną ptaki. Pies z niepokojem nasłuchuje, miota się, szuka w pokoju bezpiecznego miejsca. Po raz kolejny bezskutecznie próbuję dodzwonić się do matki, totalny brak zasięgu. Pewnie znowu zakłócają fale. Przypomniała mi się pierwsza selekcja, to było jakieś 10 lat temu. Leżeliśmy z Monią na pomoście, na jeziorze Trzebuń mały. Rozebrani do naga rozkoszowaliśmy się promieniami słońca. Wsłuchany w śpiew ptaków, szum tataraku i trzcin przysypiałem. Zacząłem śnić, gdy nagle zza drzew wyłonił się śmigłowiec. Gwałcąc błogosławioną ciszę nieznośnym rykiem skierował się w stronę jeziora, poczym zawisł nad środkiem tafli. Boczne drzwi rozsunęły się i z wnętrza maszyny poczęli wysypywać się młodzi mężczyźni. Podnosząc się spostrzegłem nadjeżdżający w stronę pomostów samochód TV i kilka wojskowych gazików. Spojrzałem na Monikę równie zszokowaną jak ja, próbującą niezdarnie, czym bądź zasłonić swój piękny, obfity biust. Powiew idący od śmigieł targał naszymi czuprynami, wzbił w powietrze bieliznę. Na brzegu panowie z kamerami kręcili akcję na jeziorze. Podczas gdy my w potoku przekleństw i klątw przyciskaliśmy do piersi rzeczy, które udało nam się pochwycić w tym szalonym porywie wiatru. W końcu maszyna odleciała. Chłopcy w wodzie płynęli w szalonym tempie ku torowi przeszkód dla płetwonurków znajdującym się między pomostami. Niekompletnie poubierani próbowaliśmy ogarnąć oszalałe burze włosów (w tamtych czasach miałem długie, kładące się lokami za ramiona). Kiedy już wyglądaliśmy w miarę poprawnie, dostrzegliśmy, że jeden z kamerzystów z uśmiechem na twarzy kręci nas. Rozdrażnieni ruszyliśmy w kierunku domu, pozwalając sobie na uszczypliwy komentarz podczas mijania ekipy TV i żołnierzy. Wieczorem spoglądając z ganka na przyozdobione gwiazdami niebo, zaśmiewaliśmy się w głos z paradoksalności całej tej sytuacji. My dzieci wielkiego miasta, w którym może wydarzyć się wszystko, w którym w każdym momencie możesz być zaskoczonym przez telewizję czy radio, zostaliśmy przyłapani w dzikiej głuszy z dala od ludzi i zgiełku świata… w miejscu, w którym nikt by się tego nie spodziewał.

Innym znów razem, podczas kolejnych wakacji, wstałem wczesnym rankiem i wyszedłem z domu by nabrać wodę ze studni. Zaspany, odziany jedynie w szorty i podkoszulek wciągałem wiaderko do góry. W pewnym momencie poczułem na głowie trzy zimne lufy i usłyszałem dźwięk odbezpieczanej broni. Przerażony, odwróciłem się powoli. Przede mną stało czterech żołnierzy, z czego trzech nadal celowało mi w twarz. Najwyższy z nich ciemnowłosy, z lekko skośnymi oczyma zapytał mnie po angielsku, – co tu robię? I oznajmił, że jestem aresztowany. Spojrzałem na niego jak na idiotę, po czym starając się zachować spokój wyjaśniłem mu łamaną angielszczyzną, że wkroczyli na teren prywatny i żądam natychmiastowego spotkania się z ich dowódcom. Zdziwieni, wymienili spojrzenia, rozłożyli mapę, poszeptali między sobą i pobledli. Po czym ten wysoki, skośnooki uśmiechnął się do mnie przepraszająco i wyjaśnił, iż pomyliły mu się budynki ćwiczebne. Tego samego dnia po południu wybraliśmy się z Monią nad jezioro. Po cudownej kąpieli w czystej, chłodnej wodzie postanowiliśmy pójść na skróty przez zagajnik starych lukrecji. Gdy już wychodziliśmy prawą nogą zahaczyłem o zielony drucik. W tym samym monecie ogłuszyła nas seria wystrzałów i nieznośnych świstów. Niebo zabarwiło się na czerwono sypiąc deszczem żółtych iskier. Minęła długa chwila nim doszliśmy do siebie i zrozumieliśmy, że narozrabiało się. Uciekać nie było sensu. Od strony Prostyni mknęły ku nam dwa wojskowe gaziki i jeden żandarmerii. Z drugiej strony słychać było sygnał straży pożarnej i widać biegnącego w naszą stronę mundurowego. Był to pułkownik S. Samochody zajechały nam drogę. Wyskoczyli żandarmi, żołnierze i strażacy. Wpadliśmy pod ogień pytań; co? Jak? Dlaczego? Skąd? Zostaliśmy pouczeni o odpowiedzialności, którą poniesiemy. Staliśmy przytakując głowami, wbijaliśmy wzrok w ziemię, załamując palce ze skruchy. Spojrzeliśmy błagalnie na pułkownika, który nas znał. Ten kręcąc głową załagodził sytuację i oznajmił zebranym, że poniesiemy konsekwencje. Samochody odjechały. Zostaliśmy sam na sam z pułkownikiem, który idąc za nami, nie szczędząc niecenzuralnych słów oznajmił, – że zarajcuje nasz dom do dokoła i rozstrzela jak tylko jedna z nich zabłyśnie na niebie. Rac nie rozstawił, ale bacznie obserwował nasze poczynania, aż do samego wyjazdu. Wiele mieliśmy z Monią Jaworskich przygód. Wiele niesamowitych i niewyjaśnionych wydarzeń, o których być może napiszę, kiedy indziej. Tymczasem rozbawiony wspomnieniami spoglądam na pustą filiżankę kawy i jej wyszczerbiony brzeg.



       Bezdusze 27.09.2010 

       Podstępny Alejandro i nieustraszona Halina…

      O świcie Alejandro Maurycy Ernesto ociera się o mnie… przeciąga… żebrze o dotyk błagalnym miałczeniem. Mruży bursztynowe ślepia. Mruczy z wyraźnym zadowoleniem, gdy zatapiam palce w miękkiej sierści i gładzę pod włos. Rozpływa się w pieszczocie i zapomnieniu, ale od czasu do czasu zerka w pustą miseczkę z nadzieją, że znajdzie dam pyszny kąsek. Obok przysiadła Halinka zjeżona lekko na grzbiecie i przy ogonie. Bacznie obserwuje poczynania kota. Jako pani tych włości zachowuje się nad wyraz grzecznie. Nie goni, nie gryzie, choć widać napięcie w każdym mięśniu, błysk w oku. Siedzi i patrzy. Niecierpliwie wyczekuje najmniejszego powodu by doskoczyć do kocura. Pogonić. Alejandro udaje, że nic sobie z suni nie robi. Zadziera tylną łapkę do góry… prostuje rozczapierzając pazury… zgina się w pół i szorstkim, różowym językiem dokonuje porannej higieny osobistej. Zniesmaczona tym widokiem Halinka podnosi się i powoli zmierza w kierunku domu. Gdy przednimi łapkami przekracza próg podstępny Alejandro cichaczem podbiega do psa i atakuje wbijając pazury w zadek. Rozwścieczona Halina wykonuje salto w powietrzu. Z wyszczerzonymi zębami i wytrzeszczonymi niemal do bólu ślepiami rusza w pogoń za kotem. Napuszona, sycząca kula pędzi przez trawę w kierunku drzewa. Za nią spieniona biała strzała. Tuż pod śliwą kocur unosi się w górę, wczepia pazurami w korę, spogląda za siebie oceniając szybko sytuację i chyca po pniu na duży, bezpieczny konar. Zdziwiony zerka jak sunia wspina się po pochyłym pniu i zbliża niebezpieczne. Nastroszony, zgięty w łuk mruczy ostrzegawczo, po czym parska wyciągając przed siebie uzbrojoną w ostre pazury łapkę. Halina mruży ślepia i nieustraszona podchodzi bliżej i bliżej. Alejandro nie daje za wygraną siada na zadku i atakuje w amoku dwiema łapkami. Uparta sunia jest na tyle blisko by chapnąć agresora. Jak w zwolnionym tempie widzę dwa rzędy ostrych kłów sunących w kierunku kociego łba, i kocie pazury wbijające się w psi pyszczek. Skowyt przecina powietrze jak świst bata. Pies spada z drzewa łapiąc kocura za ogon. Lecą w dół spadając na miękką kupkę skoszonej trawy. Walczą i nagle cisza. Pies podnosi się… z poharatanego pyska kapie krew. Zmierza powoli w kierunku ganka. Za nim kot z trawą wplątaną w sierść. Wchodzą po schodach, siadają naprzeciw siebie przy ławce. Obwąchują, trącają nosami i kładą obok zasypiając, otulone ciepłymi promieniami słońca. Na krótki czas żyją w zgodzie, ale jutro, gdy wstanie świt znów zaczną dzień jak kot z psem i tak od nowa… bez końca.





Halinka


Alejandro


Razem na spacerze w lesie...






      Bezdusze 02.10.2010 



      Czas pożegnań…



      Nadszedł czas wyjazdu… powrotu do zgiełku miasta, pracy, ludzi. Te kilka tygodni minęły jak krótka chwila… jak w mgnieniu oka. Pożółkłe brzozy targane wiatrem płaczą deszczem liści. Bagna przybrały barwy kawy z mlekiem, brązu i rdzy. Na łące cieszą jeszcze oczy; srebrny piołun, czerwone pędy jerzyn, żółte kwiaty wrotyczu, dziurawca, kwitnący dziki tymianek i wrzosowe fiolety. Z wysokich traw wyzierają gdzieniegdzie białe kapelusze pysznych kani. Nad domem przelatują klucze hałaśliwych gęsi. Na rykowiskach powoli zapada cisza. Milkną świerszcze. Tak bardzo nie chcę wyjeżdżać… opuszczać Jaworza… kocham to miejsce… tu chciałbym się zakorzenić… oddać serce tym lasom, jeziorom, krople potu ziemi, tu też chciałby w spokoju i szczęściu położyć się na marach. Niewypowiedziany smutek rozsadza mi piersi, gdy pomyślę, że być może więcej tu nie wrócę. Łza ciśnie się na rzęsę… tyle pięknych, magicznych wakacji… niezapomnianych chwil… niewypowiedzianych zachwytów. Z rozrzewnieniem gładzę dłonią poobdzierane ściany, chropowaty blat starego stołu, rozsiadam się na łóżku rozkoszując trzeszczeniem wyrobionych sprężyn. Wszystko tu wiekowe, przesiąknięte duchem czasu, zapachem minionych lat. Nasiąknięte emocjami. Przesiąknięte mną, Moniką, tymi, co odeszli i pomarli. Na czas zimy dom zasypia, okryty pierzyną puszystego śniegu. Budzi się wiosną, gdy przyjeżdżamy, przekręcamy klucz w drzwiach i rozpalamy ogień pod kuchnią. Mruczy ziewając przez otwarte drzwi. Jęczy zdrętwiałymi deskami przeciągając się. Gdy już drwa trzaskają pieszczone płomieniami, rozgrzewa się serce chałupy… zaczyna bić powoli, miarowo. Dziś atmosfera w domu jest smutna… powoli pakujemy się...na początku wielkie słoje suszonych grzybów- w tym roku samych prawdziwków i kozaków z przewagą czerwonych. Następnie suszone kanie. Przepis jest prosty: moczymy suszoną kanię w mleku przez 20 – 30 minut, następnie obtaczamy w jajku, tartej bułce i na patelnię. Mi osobiście smakują lepej niż świeże, są bardziej aromatyczne i intensywniejsze w smaku. W zamrażalce leżą gotowe do transportu mrożone rydze i kurki… muszę przyznać, że tym roku bezwstydnie objadłem się kurkami; w sosach, w zupie, z jajkami i smażonymi na maśle, z cebulką… rydzów też był wyjątkowy wysyp… te lasy zawsze nas rozpieszczają… to raj dla zagorzałych grzybiarzy. Następnie słoiki z sokiem z czarnego bzu, suszone zioła. Kartony szyszek, wysuszonego mchu, hub i gałązek pokrytych porostem islandzkim. Dopijam wino, sprzątam, zgarniam szmatką kurz i smucę się. Niebo płacze, dziesiątki łez rozbijają się o szybę… w szczelinach okien szumi wiatr… mi szumi w głowie. Chyba się położę… ukryję po ciepłym kocem… prześpię… prześnię to rzewne popołudnie. Może wieczorem powrócą lepsze nastroje.




                                                                Stare Jezioro










Troszkę leśnych cudów






     Poniżej sromotnik bezwstydny zwany również 
      smardzem cuchnącym, śmierdziakiem...






                            I imponujący swoimi rozmiarami Szmaciak gałęzisty...




I sotatni zebrany przed wyjazdem koszyk czerwonych kozaków mieszanych z brązowymi :-)




                            a jeszcze na pocieszenie kilkanaście rydzów i kosz kurek :-)








poniedziałek, 4 października 2010

Zapiski z wyjazdu...

       Bezdusze 17.09.2010

       Bezdusze. Stare, poczciwe Bezdusze. Wciąż mnie zaskakuje... zadziwia, choć znam je od wielu lat. Co krok odkrywa przede mną swoje tajemnice… sekretne miejsca...kilkanaście lat temu wybraliśmy się z Monią na spacer brzegiem starego jeziora. Ciężka była to wyprawa, gdyż jest dzikie, porośnięte wokół gęstym lasem i bujną przybrzeżną roślinnością. Nie ma tam wydeptanych ścieżek, jedynie te utworzone przez zwierzęta, które podchodzą do wody. Nie sposób opisać piękna tego miejsca… trzeba tu być… zobaczyć… poczuć wszystkimi zmysłami. Mogę jedynie powiedzieć, że niewiele jest tak przejmująco uroczych zakątków. Przedzieraliśmy się przez gęste sitowie. Smugi światła padały spomiędzy konarów starych drzew na ziemię pokrytą dywanem kwitnącego na różowo rdestu i fioletowych kwiatów mięty pieprzowej. Wszystko kołysało się w tańcu z letnim wietrzykiem szumiąc wesoło. Na pozwalanych, zmurszałych pniach wygrzewały się jaszczurki. W krótkich trawach pławiły się w słońcu zaskrońce, padalce i zygzakowate żmije. Szczęśliwi chwilą, wolni od zmartwień szliśmy przed siebie, podjadając po drodze słodkie poziomki. Smaku tych leśnych nigdy się nie zapomina. Zajęci rozmową nie zauważyliśmy, że kierunek naszej drogi się zmienił… dopiero uświadomiło nam to wielkie wzniesienie okryte płaszczem jagodzianek, które wyrosło przed nami. Nigdy wcześniej w tym miejscu nie byliśmy. Zaciekawieni postanowiliśmy zobaczyć, co się za nim kryje. Gdy dotarliśmy na szczyt zatkało mi dech w piersiach… z początku myślałem, że śnię, że zwariowałem. Zerknąłem na Monikę, która stała z wytrzeszczonymi oczyma i rozdziawioną buzią… w dole pomiędzy dwoma wzniesieniami dostrzegliśmy ukryte jezioro i nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, iż zamiast wody był tam mech. Wielkie jezioro soczysto zielonego mchu, z którego wyrastały ogromne, porośnięte nim aż po same korony drzewa. Gdzieniegdzie kwitnący przybierał barwy miedzi, czerwieni i brązu. W spękaniach dostrzec można było ciemną wodę. Dookoła panowała absolutna cisza. Zachwyceni niemal zbiegliśmy w dół. Przy brzegu nogi zatapiały się w mchu niczym w puchowej pierzynie. Długo staliśmy oszołomieni, nie mówiąc nic. Pozwalaliśmy nasycić się głodnym źrenicom tym niewypowiedzianym pięknem, by móc zachwycać się tym widokiem w pamięci po latach. A dziś kolejny raz nas zaskoczyło… poszliśmy nad stary, strumień niedaleko domu, zapomniany przez lata, by nazbierać mchu, hub i szyszek potrzebnych nam do pracy. Znów, tak jak przed laty zboczyliśmy ze znanej nam drogi skuszeni grzybami. W zagłębieniu po prawej coś zamigotało między wysokimi paprociami. Ciekawość, którą oboje mamy w naturze wzięła górę i ruszyliśmy w tamtym kierunku. Nie zwracając nawet uwagi na groźnie ryczącego w pobliżu jelenia. To słoneczne promienie bawiły się grzbietami fal, rozpryskując wokół wesołe świetlne migotki. Ponownie kochane Jaworze odkryło przed nami jeden ze swych klejnotów… niezwykłe jezioro, tym razem mniejsze, pokryte żółknącymi już liśćmi grążeli. Brzegi czyste, porośnięte gdzieniegdzie uroczymi kępkami tataraku i wikliną. Całość okala ciemna ściana starego, sosnowego lasu. A w tym wszystkim płynąca dumnie para łabędzi zdziwiona nieco naszą obecnością. Po za tym cisza, przerwana raz po raz pohukiwaniem sowy. Chłód wieczoru i specyficzna woń unoszącej się z ziemi wilgoci. Wracając znalazłem przy drodze kilka niezwykłych „księżycowych” krzemieni i nad strumykiem pierwszy raz w życiu trzy czarne jak węgiel krzemienne „smutki”. Kamienne, magiczne cuda. Poddane zostaną oczyszczeniu czystą, lodowatą, studzienną wodą, a następnie pozostawione księżycowej kąpieli. 

      Bezdusze 19.09.2010

Oblazły mnie dziś smutki… uczepiły się piersi i włosów jak rzepy. Próbuję strzepać je z siebie… zrzucić. Nic nie pomaga… ani łyk gorącej kawy, ni kostka dobrej, gorzkiej czekolady. Nie pomaga wino. Nie pomaga sen. Wczepiły się mocno, małymi igiełkami wbijają się w skórę… zatruwają krew. Otwieram lodówkę, przemierzam wzrokiem każdą półkę w poszukiwaniu czegoś, co pocieszy, przytuli zmysłem smaku… na drzwiach poukładane równo ćwikła, chrzan, musztarda, dżem, mleko i śmietana. Zatopione w ciepłym świetle uśmiechają się do mnie frykasy. Kuszą zapachem, wabią kolorami. Stoję wpatrzony, niezdecydowany. Otulony chłodem otwieram przymarznięte drzwiczki zamrażarki, gdzieś tam powinny być lody… Nie ma… a przecież były. Nie pamiętam, kiedy się skończyły. Kolejny raz zaglądam do pustego barku z nadzieją, że coś tam znajdę… wyszperam. Zrezygnowany przyklejam się do rozgrzanego pieca, ciepło rozpływa się po plecach. Zrobiło się miło. Zamykam oczy, wciągam głęboko powietrze. Nic mi się nie chce.

       Bezdusze 21.09.2010 
     
       Gdy z bagien nadchodzą mgły…

      Nocą, gdy z bagien nadchodzą gęste mgły, nienazwany lęk zaciska mi krtań. Z niepokojem spoglądam jak powoli sunie… rozlewa się po łące… wdziera w śpiący las. Gdy zbliża się do domu zamykam dobrze drzwi. Nie wychodzę na zewnątrz. Unikam mgły… jej lepkiej wilgoci i chłodu. Jako dziecko bałem się, że gdy wejdę w jej mleczną głębie, zgubię się… zginę. Dziś mniej boję się samej mgły, a bardziej tego, co się w niej kryje. Jak mawiała moja prababka, w jej chłodnych odmętach ukrywają się potępieni… przeklęci… niespokojne byty pragnące pochwycić twą duszę… zawładnąć ciałem… a jeszcze inne kuszą słodkimi słowy… wiodą na zatracenie… i te smutne, niespełnionej miłości ofiary, co sznur ciągają po ziemi lub straszą przeciętymi w nadgarstkach żył korzeniami… snują się w niej też trzęsawisk topielce i duchy niechcianych dzieci, niemowląt porzuconych nocą w ciemnym, zimnym lesie… i tych, co zbłądzeni w kniejach utracili życie… wielu jest mgielnych mieszkańców… nie sposób ich zliczyć.

Kiedyś wracając późną nocą przez mostek, obok którego stał stary młyn, z mgły od strony bagien dobiegł mnie stłumiony głos. Zdziwiony przystanąłem. Ponownie usłyszałem głos. Był ciepły i miły. Biski i daleki za razem. Namawiał bym podszedł bliżej. Dreszcz przebiegł mi po plecach. Coś wewnątrz mówiło, bym nie słuchał i czym prędzej odszedł, co niezwłocznie uczyniłem. Aż do ganka czułem na plecach lodowate, nieprzyjazne spojrzenie. Innym znów razem około trzeciej nad ranem krzyki wyrwały mnie ze snu. Podszedłem do otwartego okna. Z sypialni na piętrze mam widok na bagna i las. Nie dostrzegłem jednak nic, ponieważ mgła była wyjątkowo gęsta. Wróciłem do łóżka. Prawie zasypiałem, gdy od strony mokradeł usłyszałem śmiech dziecka niknący powoli w oddali. Zapaliłem świece ( w tamtym czasie w domu nie było prądu). Z natury nie jestem strachliwy, ale tamtej nocy nie mogłem opanować drżenia. Najbardziej jednak przerażającym doświadczeniem, jakie spotkało mnie na Jaworzu było spotkanie twarzą w twarz. Późnym wieczorem, po godzinnych opowiadaniach śp. babcia Kasia i Monika poszły na piętro. Rozebrałem się, napełniłem miskę ciepłą wodą. Odświeżyłem twarz, szyję, piersi i pachy. Ciepło buchało z uchylonych drzwiczek kuchni. Drzewo trzaskało przyjemnie. Gdy zacząłem myć intymne części ciała poczułem się nieswojo miałem wrażenie, że jestem obserwowany. Pomyślałem, że to głupota, szaleństwo, przecież nikogo tu nie ma. Płukałem się dalej, jednak wciąż nie opuszczało mnie to dziwne uczucie, kiedy ktoś zawzięcie spogląda na ciebie. Podniosłem wzrok i spojrzałem w okno na przeciw. Zamarłem. Na zewnątrz widniała przyciśnięta do szyby twarz. Pociągła, blada, z której wyzierały przerażające oczy. Minęła chwila nim pojąłem, że to duch. Nikt, bowiem nie mógł wspiąć się i zajrzeć do środka… kuchenne okno usadowione jest bardzo wysoko i bez drabiny nie ma szans. Przerażony nie zwracając uwagi na to, że jestem nagi, czym prędzej pobiegłem schodami na górę w połowie drogi usłyszałem jeszcze za sobą straszne walenie i szarpanie w wejściowe drzwi, jakby ktoś chciał je wyrwać. W między czasie na korytarz wybiegła z pokoju Monika pytając - co się stało?. Nie byłem w stanie jej powiedzieć, wydusiłem jedynie, że za drzwiami jest coś złego. Chwyciła mnie za rękę i ruszyliśmy z powrotem na dół. Nie działo się nic. Cisza zupełna, gdy nagle będąc u dołu schodów usłyszeliśmy, że na ganku za drzwiami rozpętało się piekło. Coś tłukło, waliło wściekle w drzwi. Kot syczał niemiłosiernie, jakby ktoś obdzierał go żywcem ze skóry. Monia przerażona uciekła na górę zostawiając mnie samego. Po chwili jednak wróciła, wciągnęła głęboko powietrze i z impetem wyskoczyła na dwór. Niezwlekając wybiegłem za nią. Na zewnątrz nie było nikogo… tylko księżyc, cisza i gęsta mgła.

piątek, 13 sierpnia 2010

Bezdusze...

Bezdusze…
Ukochane bezdusze…
Magiczny skrawek ziemi zatopiony w zielonych kłosach traw…morzu ciszy. Miejsce w którym czas spowalnia bieg…a stary las śni spokojny sen…oddycha miarowo.

   Niegdyś stała tu tętniąca życiem wioska z pięknym młynem i niewielkim kościółkiem na wzgórzu. Stary bruk pamięta jeszcze stukot końskich kopyt…turkot drewnianych kół…w starym sadzie niedaleko strumienia usłyszeć jeszcze można nikły szept zakochanych…echo radosnych śmiechów bawiących się dzieci. W latach sześćdziesiątych tereny te przejęło wojsko…tworząc tam część poligonu drawskiego…wszystkich mieszkańców przesiedlono…połowę wioski wysadzono w powietrze podczas kręcenia filmu „Kierunek Berlin” i „Jarzębina czerwona”…reszta domostw zniknęła w ciągu jednej nocy…wyburzona przez żołnierzy…wszystko przepadło…bezpowrotnie…

Pozostał tylko jeden dom, którego dawni mieszkańcy nie zgodzili się odejść i pozostali pomimo grożącego im niebezpieczeństwa. Dziś nie ma ich wśród nas…odeszli. A dom stoi tak jak stał, stary i samotny…pełen tajemnic. Siedzę w nim teraz…popijam gorącą kawę…spoglądam na ogień palący się pod kuchnią i uśmiecham się do wspomnień, a przez te wszystkie lata spędzonych tu wakacji i urlopów nazbierało się ich wiele. Uśmiecham się i smucę w głębi serca, gdyż istnieje ponura wizja, iż jest to ostatni czas, kiedy mogę cieszyć się pobytem tu. Wojsko ponownie upomina się o tę ziemię…ten mały skrawek…ten dom. Jeśli wyrok Sądu będzie na jego korzyść…po latach dom podzieli los starej wioski. Wyburzony odejdzie w niepamięć…

Niewypowiedziana byłaby to strata…ogromna szkoda…bo jak każdy stary dom ma tyle do opowiadania. Gdy gładzę dłonią chłodną ścianę…czuję energie z niej bijącą…zaklęty w niej czas…przeszłość zapisaną w cegłach. Zamykam oczy…biorę głęboki wdech…wchłaniam każdą komórką ciała tą atmosferę…pod powiekami przemykają fragmenty życia…tych, którzy tu mieszkali…pomarli…czuję emocję, które nimi targały…od euforii aż po łzy. Domy są jak ludzie…dzielą się na dobre i złe…nie, to złe słowa; przyjazne i nieprzyjazne…te drugie straszą niechcianych gości pustymi oknami z wyszczerzonymi zębami powybijanych szyb…obskurnymi, obdartymi ścianami...girlandami pajęczyn zwisającymi z sufitów…powiewającymi niczym stare łachmany przy każdym podmuchu…skrzypieniem desek…wiatrem wyjącym w szczelinach i warczeniem drzwi…a jeśli to nie wystarcza…czasami budzą zmarłych…przywołują… by Ci policzyli się z nami.

Tu na Bezduszu wiele jest duchów. Nocami chadzają po strychu szorując podeszwami butów nad sufitem…jęczą stopniami starych, drewnianych schodów prowadzących z piętra do kuchni…czasami szepczą…chichoczą…przemykają obok pozostawiając za sobą lodowaty powiew…bez nich było by pusto… są częścią tego domu…życia mego…w pewien sposób rodziną…

Pierwszy sen, jaki śniłem będąc na Bezduszu pamiętam do dziś…choć wiele lat już upłynęło. Byłem nad jeziorem…mgła unosiła się nad spokojną taflą wody…nagle pod nogami woda dziwnie zadrgała…spieniła…wypluwając dziesiątki drobnych bąbelków…położyłem się na pomoście i dłonią odgarnąłem pianę…dostrzegłem coś na dnie…z początku nie potrafiłem określić co to…po chwili ujrzałem dokładnie…ciało zwinięte w pozycji embrionalnej…leżące plecami w dół…był to młody mężczyzna o długich włosach…rękoma oplatał kolana…twarz miał spokojną jakby spał…i nagle otworzył oczy…spojrzał na mnie mętnym, szklistym wzrokiem…

Kilka lat później…pięknym lipcowym popołudniem…po cudownej kąpieli w ukochanym mym jeziorze…postanowiłem pójść do domu na skróty…niedaleko w krzakach, pod wielkimi iglakami moje stopy zapadły się po kostki w piachu…poczułem się nieswojo…spojrzałem w dół…ziemia wokół mych nóg przypominała kształtem mogiłę…przeczucie mówiło mi, że stoję na grobie…nigdzie jednak nie było krzyża…dopiero kawałek dalej, obok starej lukrecji, ujrzałem ukryte pod splotami bluszczu stare porozrzucane nagrobki...
Tego samego dnia siedziałem przy kolacji w kuchni z ostatnią żyjącą jeszcze mieszkanką Jaworza i jej wnuczką - moją najlepszą przyjaciółką i najbliższą mi osobą. Pani Kasia opowiadała o dawnym życiu, wiosce, ludziach w niej mieszkających…o starym krzyżu stojącym na rozstaju dróg, gdzie po północy pokazywała się biała, mglista zjawa…wszyscy unikali tego miejsca…bali się…lecz pewnej nocy jeden z mieszkańców innej wioski wracał do domu po zakrapianej imprezie…dochodził właśnie na rozstaje dróg gdy ukazał mu się duch…przestraszony wieśniak wytrzeźwiał w net…przeżegnał się i ruszył do ucieczki…za sobą usłyszał dziękujący głos kobiety…obejrzał się …zjawa rozmyła się w powietrzu i nigdy więcej tam jej nie widziano…

Zawsze lubiłem takie opowieści…kiedy byłem dzieckiem…dziadek mój ukochany wieczorową porą zaparzał sobie kubek gorącej herbaty, kładł na stole talerz pełen wafli przełożonych dżemem, ciastka i dzbanek zbożowej kawy z mlekiem. W rogu pokoju paliła się nocna lampka…wielki, ciężki abażur otulał pomieszczenie ciepłym, pomarańczowo – czerwonym światłem…dym babcinego papierosa kłębił się w powietrzu. Dziadzio rozsiadał się wygodnie w dużym fotelu…kilkakrotnie odchrząkał…po czym z namiętnością oddawał się snuciu opowieści. Ach jak pięknie, jak obrazowo opowiadał. Zdawało mi się, że jestem tam…uczestniczę w tych wydarzeniach. Z rozdziawioną buzią słuchałem…przeżywałem i wchłaniałem…czas leciał i nim się obejrzeliśmy babcia spała wraz z resztą wnuków pozwijanych w kłębki na podłodze…na zegarze czwarta rano. Kiedy kładłem się do łóżka, marzyłem, że jak dorosnę…będę podróżował po Polsce zatrzymując się w sennych miasteczkach , wsiach, by słuchać opowieści starych ludzi, a następnie spisywać je, by nie poszły w zapomnienie…niestety nie spełniło się…choć wciąż jeszcze mam czas…mogę ruszyć w drogę…kto wie czy tego nie zrobię…

Ale powracając do Bezdusza, babci Kasi, Moniki i kolacji…podczas rozmowy opowiedziałem o dziwnym śnie z topielcem. Monika wiedziała o nim wcześniej, babia nie…zdziwiona spojrzała na mnie i odrzekła…że był taki chłopak…utonął przy pomostach…wyciągnięto go - leżał w takiej właśnie pozycji z rękoma oplecionymi wokół kolan…wszyscy się dziwili…niedowierzali. Nazywał się Brzozowski...spoczywa nad jeziorem…na starym cmentarzu…w mogile bez krzyża…dokładnie tam, gdzie zapadłem się po kostki w ziemię. Teraz ma już swój piękny krzyż zbity z brzozy…czasami zachodzę tam…kładę bukiet polnych kwiatów…uśmiecham się do niego…i pytam co chciał mi powiedzieć?...przed czym ostrzec?...zadał sobie przecież wiele trudu by odnaleźć drogę do mojego snu…ale tego pewnie nie dowiem się nigdy...





Stara,  poczciwa studnia z wodą czystą jak łaza...
Kuchnia na drewno i węgiel...
Jezioro Trebuń Mały...
Stodoła...
Dom...
Las...

niedziela, 18 lipca 2010

Burza...kawa..wspomnienia i ja


    Dzisiejszej nocy nie zmrużyłem oka...czuję się fatalnie...leki osłabiają mnie coraz bardziej...ciągłe nudności, bóle brzucha, problemy z koncentracją i uczucie odrealnienia...koszmar...a zapewne będzie jeszcze gorzej...ale cóż...nic nie poradzisz...trzeba przetrwać...przeczekać...
  O wpół do czwartej za oknem rozpętało się piekło...z nieba lało jak z cebra, pioruny raz po raz rozświetlały atramentową ciemność ...pies biegał po pokoju, niespokojny, nerwowo poszukując zakamarka...w którym mógłby się schować, zwinąć w kłębek...a ja leżałem w wymiętej pościeli... nagi...bezwstydnie chwytając wilgotny, chłodny powiew każdym skrawkiem spragnionego ciała...chciałem jak dawniej wybiec przed dom unieść twarz i ręce ku górze...radować się każdą kroplą ściekającą po skórze...nie miałem jednak na to siły...zapatrzony w błyskawice...przypomniałem sobie słowa, nie pamiętam już kogo...że podczas burzy nie powinno się patrzeć w okno, bo można dostrzec w nim rzeczy, które niekoniecznie chcielibyśmy ujrzeć...odbicia zmarłych zaglądających przez szyby...złe duchy krążące po świecie...nieprzychylne człowiekowi...
   Jeśli chodzi o sprawy metafizyczne...wiele takich zdarzyło się w moim życiu...w waszym pewnie też...choć nie wielu ma tą świadomość...ja nigdy się nie wypierałem swoich przeżyć...odbierałem ja całkowicie naturalnie...nigdy też o nich nie rozpowiadałem...nie z obawy przed wyśmianiem, czy niezrozumieniem...moje milczenie wynikało z pewnych cech mojego charakteru...jestem osobą raczej małomówną...lubię mieć swoje tajemnice...sekrety...coś wyłącznie dla siebie...o niektórych dziwnych zjawiskach dziejących się wokół mnie wiedzą nieliczni...Ci, którzy w nich uczestniczyli...niektórzy odmienili przez to swoje życie.. postrzegania otaczającego nas świata... Może kiedyś...jak zajdzie we mnie taka potrzeba...opowiem... nie, raczej opiszę parę swoich niezwykłych doświadczeń...

   Ponownie próbuję coś jeszcze dziś napisać...cały dzień burza po burzy...musiałem co chwila wyłączać komputer...teraz troszkę się uspokoiło i nawet nieśmiało zza chmur wyjrzało słońce...ostygła mi kawa...zimnej nie lubię...piję mocną...trzy czubate łyżeczki kawy na filiżankę...osłodzona płaską łyżeczką cukru...pije jej dużo...bardzo dużo...aż wstyd się przyznać...znajomi i rodzina bezustannie zadręczają mnie kazaniami na temat jej szkodliwego działania...doskonale zdaję sobie sprawę z ryzyka jakie niesie ze sobą jej nadmierne spożywanie ;
- "zdenerwowanie kofeinowe", nerwowość, niepokój
- choroby serca i układu krążenia
- zaburzenia pracy wątroby i dróg żółciowych
- odwodnienie
- dolegliwości żołądkowe (nadżerki błony śluzowej, wzdęcia, zgaga, niestrawność, nudności, bóle brzucha)
- obniżenie płodności
pomijając wypisywanie dobroczynnego wpływu...muszę powiedzieć...że kocham...nie, złe słowo uwielbiam ten napój...jego zniewalający aromat...niepowtarzalny smak...z lekko zawiesistą konsystencję...jestem kawoszem od kilkunastu lat... wiele gatunków jej pijałem... upodobałem sobie jednak dwie...królową jest nieniecki Jacobs...często kupuję w ziarnach...przed zaparzeniem mielę w młynku...wspaniałości...jeśli już jest mielona...przechowuję w lodówce...wsypaną do słoika z odrobiną soli na spodzie...dzięki temu jest zawsze świeża i aromatyczna...drugą Gavalię lubię do ciast i deserów...
   Moje uwielbienie do kawy ma początek w dzieciństwie...niewielu z nas już pamięta...czasy kiedy wchodziło się do sklepu spożywczego z wielkim napisem "społem"...przeważnie na dziale ze słodyczami stały duże młynki...gdzie miła ekspedientka w zalotnej czapeczce na głowie...wsypywała ziarna, mieliła po czym ważyła poproszoną ilość...zapach kawy rozchodził się po całym sklepie...kawy Arabiki i chałwy...to jedne z wielu zapachów mojego dorastania...pierwszą wypiłem w wielu lat czternastu, z mamą w Wojskowej kantynie, gdzie pracowała...pamiętam...jak się skrzywiłem...jak bardzo byłem rozczarowany...po pierwszym łyku...tę cierpkość i gorycz ...pozostałą w gardle...ale drugiego dnia...wszystko się zmieniło...niesmak zamienił się w niebo w gębie...
   Jedyne czego czasami mi brakuje do kawy...to papierosa...uwielbiałem palić...zaciągać się mocno...smakować...godzinami mogłem się przyglądać...błękitno-szaremu dymowi ...układającemu się w przepiękne marszczenia...dwa lata temu rzuciłem...od razu z dnia na dzień...miałem dość...śmierdziałem jak popielniczka...budziłem się z kapciem w ustach...nocą wielokrotnie wstawałem by zapalić...pierwszą rzeczą po obudzeniu była fajka w gębie...potem druga...trzecia...kawa...czwarta...kawa...moje śniadanie...wypalałem trzy paczki w ciągu dnia...istny koszmar...czy żałuję?...nie...absolutnie nie!...czuję się zupełnie innym człowiekiem...ale obiecałem sobie...że po ukończeniu pięćdziesiątki wrócę do palenia i z papierosem w ustach odejdę...
  Powracając jeszcze do "społem"...do młodości...brakuje mi tamtych maślanych bułek, pasty rybnej na kilogramy, wystawionej w wielkich kostkach, słonego masła, kasztanków w czekoladzie, baryłek z rumem, starych, jakże dobrych delicji na wagę z nadzieniem pomarańczowym, bloku Bambo, gum balonowych Donald, smakiem napoju Polo-cocta, Oranżadą, jagodziankami z duża ilością jagód, lodami Calypso, tamtymi wędlinami...mógłbym wymieniać i wymieniać ...no i oczywiście mleka i śmietany w butelce pozostawianych przez mleczarza o świcie pod drzwiami...

Aż żal...łza się kręci...
Ach... bym zapomniał pierwszym moim papierosem był mentolowy Zefir...w zielonym opakowaniu :-)...potem kupowałem zagraniczne w Peweksie...HB, Camel, Golden American, Marlboro, Davidoff, LM i moje ulubione Lucky Strike...a z naszych krajowych Carmeny, Caro...czasem w sytuacjach silnej potrzeby i braku środków zapaliło się Klubowego lub Sporta, którym poczęstował sąsiad :-)


                                           

© NordBerd
Szamanka

Do tej pracy mam szczególny sentyment stworzona została na podstawie profilowego Basieńki...niezwykłej osoby, której fotografie przenoszą mnie w inny wymiar... Oczywiście żelopis i papier elfenbens...
Serdecznie zapraszam do jej galerii:     http://osyrys62.digart.pl/