Pokazywanie postów oznaczonych etykietą duszy stan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą duszy stan. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 października 2014

Ani mi tu, ani mi tam...




      W ciągu tych kilku miesięcy mojego ‘niebycia‘ tu  niewiele się wydarzyło. Minęły cztery lata od pierwszego wpisu na blogu, siedem odkąd przestałem palić. Chudłem i tyłem na przemian. Upijałem się, obżerałem i wymiotowałem, czasem uprawiałem seks. Śmiałem się, wściekałem i płakałem. Słuchałem dużo muzyki. Zaglądałem w miejsca, w które zachodzić nie warto. Odkładałem spotkania ze znajomymi na inny czas, nie odpisywałem na sms-y i maile. Walczyłem z mnóstwem nieprzespanych nocy, to znów przesypiałem wiele dni. Zadręczałem się głupotą i nietolerancją ludzi. Zamknięty w czterech ścianach pokoju marnowałem cenne sekundy życia na smucenie się i bezsensowne zastanawianie co będzie dalej…
Chociaż wiem, że dalej…dalej będzie tak samo.

.

niedziela, 12 stycznia 2014

Pogoda nie sprzyja...



      Pierwsze światło brudnego poranka wsiąka w półprzytomne źrenice jak ostatnie łzy w zmiętego jaśka. Powoli wygrzebuję się spod wzburzonej niespokojnymi snami pościeli. Opuszkami palców wygładzam zagniotki na twarzy. Przeczesując grzebieniem dłoni zmierzwione włosy cicho proszę swojego człowieka by coś zjadł, zaparzył kawę i nie odkładał golenia na kolejne dni. Niestety kawa nie smakuje jak Whisky z lodem, a kilkudniowy chleb przykleja się do podniebienia niczym przeżuta guma do podeszwy buta.  Nastroszone chłodem podwórkowe  koty zerkają w okno. Ich wydłużone cienie kładą się na ścianie przybierając kształty rogatych demonów. Kocury spozierają bursztynowymi ślepiami raz na  mnie, raz w talerz. Wyciągają szyję i przechylają trójkątne łby, jakby chciały sczytać tajemnice wypisane błękitnymi zawijasami na brzegach porcelany. Krajobraz za szklaną płytą nie sprzyja… wietrzysko szarpie miotłami drzew, rwie na strzępy czupryny traw ciągnąc nad kretowiskami smętną nutę. Zlewam się z tym pejzażem,  wtapiam się w niego, z beznadziejną tęsknotą w piersiach i żalem nad utraconym czasem, co się nie cofnie,  nie wróci. Otulony czarną melancholią wsłuchuję się w melodię, co gra pod kroplami. Próbuję wyłowić z niej jakiś ciepły dźwięk, który przywróci mnie do życia,  tak jak czyni to jedna nieba łza opadając na różę Jerycha.

.

środa, 7 sierpnia 2013

Wisielcze tony...



      Pluję smolistą mazią w porcelanową biel zlewu. Rozdygotany jak w febrze, zatruty sobą samym czepiam się palcami brzegu umywalki i dławiąc się, krztusząc, chlustam prosto z trzewi w martwe oko ścieku tymi poczerniałymi fusami sfermentowanej duszy. Rozlany atrament źrenic nie przepuszcza światła, a ja gubię się w tym mrocznym bezkresie, zaprzepaszczam w tej udręce, w tym niemym cierpieniu. Tej nieznośnej pustce, co oddechem gasi nadzieję na „wieczny spokój” skrywaną w nocnych bezdechach.  
      Nie mam kontroli nad swoim życiem, nad rozpadającym się powoli ciałem. A gdyby tak się poślizgnąć i przywalić łbem w fajans, zejść zmyślnie wypinając się gołym tyłkiem na świat? Ale nie, przed zagraniem finałowej sceny wzbrania moja wrodzona wstydliwość, która nie pozwala mi też bez spięcia wysikać się obok drugiego faceta w publicznym szalecie. Wszystko to chore, jak cały ja, jak ta nadwrażliwość, żałosny artyzm, empatia i ten pieprzony garb odziedziczony po zdziwaczałych przodkach. 


.

wtorek, 19 marca 2013

Zadymka...




      Pada, prószy, sypie. Cały dzień śnieży się. Spoglądam na płatki wirujące w powietrzu jak w potrząsanej w dzieciństwie śnieżnej kuli, ale nie ma w tym zapatrzeniu baśniowego zachwytu… zachłyśnięcia, czy radości. Zbielały krajobraz straszy sterylnością. Kawałki lodu chrzęszczą, trzaskają  pod stopami jak kruszone młotem kości, odbijając się echem od polotniskowych rumowisk. Oblepione milczącymi wronami jak czarnymi guzami konary wykręcają gałęzie ku stalowemu niebu. Skulony brnę pod wiatr, zaśnieżając się mocniej, głębiej, bardziej . Gdybym tylko umiał wykrzyczeć ten kotłujący się w trzewiach ból, ugasić śniegiem palącą  tęsknotę, wymrozić tą miłość do starego domu. Gdybym tak umiał zgubić siebie w tej zadymce. Gdybym… 



.

wtorek, 19 lutego 2013

Pożegnanie...




      Bezduszne przywitało mnie martwą ciszą . Zwykle skrzypiące przeciągle drzwi otworzyły się bezgłośnie. Nie zajęczała ni jedna deska pod butem. Żadnego  chrzęstu, chrupotu, szczęku czy trzasku. Cichość, głuchość i bezruch. Zimnica zmieniająca uchodzącą z ust parę w drobniutkie kryształki osadzające się na brzegach warg i nosie. Bezskuteczna próba odpalenia zwilgotniałej zapałki skostniałymi palcami. Kiedy w końcu udało się rozniecić ogień i napalić pod kuchnią, ta krztusząc się, dusząc wypluwała szczelinami i spękaniami chmury gryzącego dymu, który zawisłszy  pod sufitem okrywał kuchnię i pokój czarnym całunem. Nawarstwiające się tygodniami emocje dały znać sercu tłukąc się weń boleśnie, kołatając od wewnątrz. Zlany potem przysiadłem na chwilę na ławeczkę. Tę obok kuchni, tę samą na której dziadek Wacek wypalił ostatniego papierosa, a babcia Kasia ogrzewała zziębnięte umieraniem dłonie.  Tu i teraz nastał i dla mnie czas rozstania… pożegnania się z tą chałupą  na okiennicach  której przysiadał zmęczony wiatr.  Pulsującą drobnymi żyłami wspomnień ukrytymi pod spękaną skórą farb. Siedzę udręczony wyczekiwaniem, strachem podobnym do przerażenia jakie odczuwał skazaniec na chwilkę przed … nim ostrze gilotyny sięgnęło zroszonego grozą karku. Nie mam siły się żegnać, szeptać do ścian, uspakajać dotykiem chropowate grzbiety framug. Nie umiem mu skłamać, że będzie dobrze wiedząc, że za moment, za chwilę wypali się ogień w sercu kuchni, ucichnie ostatni oddech, że tymi drzwiami wyjdziemy spętani żalem , Monika i ja,  zostawiając za sobą  jedynie martwą ciszę.



.

niedziela, 18 listopada 2012

Ścierpnięcie...



      Wściekły wiatr w komin dmie. Napiera na szyby. Wyje w spękaniach i szczelinach ciskając zerwanymi w gniewie pożółkłymi liśćmi i drobnymi gałązkami w spocone okna. Zimno wgryza się w palce dłoni sunącej z wolna po zdrapanej oddechem przemijania poręczy. Skrzypiące zazwyczaj stopnie dziś zacichły, cały dom jakby zdrętwiał z przestrachu przed osamotnieniem. Znieczulam się ostatkami alkoholu zlewanego z dna niedopitych butelek. Buszuję w wilgotnych mrokach piwnicy w poszukiwaniu sfermentowanych kompotów. Tak ciężko zacisnąć powieki, zagryźć wargę i odciąć brzytwą brutalnej rzeczywistości zapisanej na kawałku papieru pępowinę łączącą mnie z tym miejscem. Rozpacz tłucze się we mnie jak ptak, wali czarnymi skrzydłami w dzwon serca. Dusi bolesnym bezdechem. Rzuca na kolana i wyciska łzy…łzy, które dla świata nie znaczą nic, a boleści krzyk ucichnie rozszarpany wietrzyskiem, zawisły na końcówkach siwych łodyg. Nie będę się żegnał, nie obejrzę do tyłu, pójdę przed siebie gubiąc okruchy spękanego serca. Odejdę spokojnie i ślad po mnie zaginie.

.

czwartek, 27 września 2012

Idę do Ciebie...



      Stary Dębie podtrzymujący przekrzywioną koroną podziurawione modlitwami niebo. Tulący w kołysce korzeni rozsypane szkielety i szczerzące się do księżyca czaszki. Stąpam po grzbietach zwierząt porośniętych pożółkłą trawą, strząsam poranne łzy zawieszone na końcówkach źdźbeł pojąc kwileniem jutrzenki umarłych senne pomrocze. Przemykam w milczeniu obok wierzb co ziemie muskają witek czuprynami, pobielałych brzóz i garbatych platanów. Cichutko, na palcach chłodem skostniałych, by nie zbudzić duchów gniewnych, co pod splotami powoi i krzewami wilczej jagody zmęczone pozasypiały. Mgła co na wyciągnięcie ręki świat wilgocią zmywa cofa się do bagien, skąd przyszła była. Idę do ciebie niosąc smutek w oczach i w sercu, a w duszy chorobę… malując broczącą z warg czernią kwiaty, zacieki i plamy jak z kałamarza wylany atrament. Wtapiam się w świat cieni, gasnę, blaknę, konam Dębie kochany. Na złe ducha stany nie pomoże magiczny pył, róg jednorożca, korzeń mandragory, modlitwy ni wschodu mądrości czy śpiewy szamanów. Potrzeba mi przytulić się do Ciebie, poczuć kory chropowatość i kruchość liści pod stopami. Posłucham żywicy szmeru przymykając oczy i nim rozpacz jaźń zbełta przywołam w pamięci ukochaną twarz po czym pokornie, bez krzyku, bez szeptu odpłynę w odmęty szaleństwa z mej cichej przystani.

.

sobota, 1 września 2012

Niebieski księżyc...


      Druga pełnia w tym miesiącu jaśnieje nad mgłami. Za oknem chmara białych ciem łopoce skrzydłami o szybę. Szeleści, szemra… przybierając kształt pobladłej twarzy. Widma straszącego dziesiątkami ruchliwych odnóży podobnych do ciężkich, kabaretowych rzęs, ślizgających się po szkle jak po zlodowaciałej tafli jeziora. Zakurzona, kropkowana w musze odchody żarówka przygasa i jaśnieje. Na stole wyszczerbiony kubek z odciśniętym na brzegu ust kawowym śladem,  pamięta jeszcze dotyk warg tych, co pozostali już jedynie we wspomnieniach i na wypłowiałych fotografiach. Zaginam róg przetartej ceraty, przełykam łzy i nie mogę powstrzymać tego drżenia… rozedrgania w piersiach… rzewności podobnej tej, gdy słucham ożywionego akordeonu. To specyficzne zasysanie powietrza w miech, stukot guzików przypomina mi Twą jaśniejącą radością twarz, rozchylone usta i tańczące po klawiszach palce przez które przepływała muzyka. Tęskno mi do Twojego grania. Tęskno do tamtych czasów, kiedy wszystko wydawało się piękniejsze. Gdy nocne spacery i rozmowy były zapomnieniem, a słowa zawieszone nad nami jak gwiazdy jaśniały oświetlając drogę.



Dla Ciebie…





.

czwartek, 16 sierpnia 2012

Perseidy…



      Ostatnimi nocy moszczę się wśród żółtych róż malowanych akrylem na ogrodowym leżaku. Otulony ciepłym kocem po sam nos spozieram na zimne gwiazdy, skrzące się zza obłoku pary uchodzącej z ust. Jesienne to lato. Oplatając dłońmi kubek gorącej herbaty, parzonej z listkiem świeżej mięty, szczyptą cynamonu i odrobiną cytryny, spoglądam na księżyc, ten sam do którego przed kilkunastu laty wyszeptywałem miłosne tajemnice. Wysyłałem w kosmos ciche prośby, przebłagiwałem bogów głuszy o choć jedno warg zetknięcie, muśnięcie, pieszczotę lichą. Biegnąc leśną drogą krzyczałem. Gubiąc gorzkie łzy potykałem się o własne stopy, zatruty niespełnioną miłością. Obojętną, czarą i nieczułą jak ten wszechświat zawieszony nade mną. Padając kolanami w lodowaty strumień chciałem ugasić pożar trawiący duszę, wyrwać tłukące się w klatce żeber serce… pragnąłem by pochłonął mnie zwodniczy nurt. Jeszcze dziś leży tam kamień, który w złej godzinie strasznych podszeptów, mamień i kuszeń stał się przytuliskiem, twardym wezgłowiem kruszącym koszmarne sny. Zawieszona nad Bezduszem niczym tytoniowy dym Droga Mleczna wzbudziła tęsknotę… nieznośną chęć sięgnięcia po papierosa, poczucia przez chwilę tę przyjemność zaciągania, smakowania i wypuszczania dymu. Lubiłem… nie, kochałem palić. Palenie wpływało na mnie twórczo i choć zabrzmi to zabawnie wyciszało i sprawiało przyjemność, podobną do tej, jakiej doznaje się po spożyciu dobrej, gorzkiej czekolady, albo lodowym pucharku z owocowym musem i bitą śmietaną. Zabawne jest też to, że będąc dzieckiem chciałem zanurzyć dłonie w nocnym niebie. Zabełtać w nim jak w tafli wody. Bawić się gwiazdami. Chciałem łapać ich blask w butelczyny, piersiówki, chowane przez ojca w starym, wyplatanym koszu i zawieszać na sznurze do bielizny, by oświetlały po zmroku moje sekretne miejsce, to w najciemniejszym końcu strychu. By ten magiczny pobrzask przyciągał drobne, białe ćmy spragnione światła, nocne motyle które tak bardzo lubiłem… i chciałem pisać palcem po księżycu. Wierzyłem, że po zachodzie słońca ilustracje w bajkach i książkach ożywają, a stare obrazy stają się przejściami do innego świata. Teraz grzęznę w domysłach, wspomnieniach, lękach, przestrachach i zamyśleniach, z których raz po raz wyrywają mnie spadające nad walącą się stodołą perseidy. Dopalające się jak chwile, blednące jak marzenia, wypalające jak pragnienia i gasnące jak życie. Wielki wóz powoli sunie nad czubkiem śliwy ku wschodowi, a ja coraz bliżej zachodu. Zziębnięty, zlękniony i samotny w przemijaniu. 

.

wtorek, 17 lipca 2012

Słowa mi grzęzną...



      Wracając ze starego lasu i chlupocząc trampkami po wilgotnym bruku przeczuwałem, że stało się coś niedobrego. Ostatnie sny i dziwny niepokój pod sercem szeptały najgorsze. Po wejściu napaliłem pod kuchnią, rozwiesiłem przemoczone ciuchy i jak co wieczór nakręciłem zegarek. Kieliszek wiśniowej nalewki rozlał się ciepłem po żołądku, a pykający lekko na ogniu sos grzybowy wypełniał cudnym aromatem każdy domowy zakątek. W połowie schodów na piętro usłyszałem dzwonek telefonu, co zdziwiło mnie, bo ostatnio brakuje tu i w okolicy zasięgu. Wyciągnąłem z szafy suchą bieliznę, położyłem na łóżku i podszedłem odebrać. Rozedrgany płaczem głos z drugiej strony słuchawki opowiadał mi straszne rzeczy: o wyłowionym dzień wcześniej z rzeki topielcu, który leżał w wodzie wiele dób. Po ustaleniach policji i rozpoznaniu przez najbliższych okazało się, że to Leszek - mój przyjaciel. Przez dłuższy czas nie docierała do mnie wiadomość o tragedii. Siedziałem gapiąc się tępo w spękaną ścianę.

      Oprócz nieopisanego smutku i palącego żalu męczy mnie wciąż jakiś rodzaj wewnętrznego rozdrażnienia, pretensji do losu, że zabrał bliską mi osobę tak nieoczekiwanie, bez szansy na pożegnanie. Dręczą mnie też pytania jak? Kiedy? I dlaczego do tego doszło… choć w tej chwili nie ma to największego znaczenia. Moje myśli wciąż krążą wokół Lesia, a fragmenty obrazów zapisane w pamięci układają się w kształt jego ogorzałej słońcem twarzy… zawsze uśmiechniętej. Przepełnione spokojem, mądrością życia i pokorą szafirowe oczy… lśniące radością życia. Był osobą jak na te czasy niezwykłą, cieszył się tym co ma, a zbytkiem dzielił. Zawsze skory do żartów i niesienia pomocy. Kochany człowiek i piękna dusza. Nawet teraz kiedy o nim piszę, ciepło wypełnia mi piersi. Uśmiecham się do niego choć oczy ociekają łzami.


Jakby było mało bólu i rozpaczy Śmierć zabrała wczorajszej nocy mojego dziadka.


Przepraszam, że nie odpiszę na Wasze komentarze, ale teraz jestem kompletnie rozbity.

.

niedziela, 15 lipca 2012

Z leśnych opowieści...



      Wczorajszy dzień, choć przesiąknięty deszczem i nabrzmiały burzami, nie powstrzymał mnie przed pobłądzeniem w kniei. Smagany tchnieniem przestworzy starodrzew nucił wietrzną pieśń rozedrganym listowiem, a roztańczone kłosy traw przemierzały linie dłoni, wyczytując zapisane w nich przeznaczenie. Prześwity słońca spomiędzy skłębionych, ciemnych chmur rozpraszały się po kolorowym runie połyskując w kroplach osadzonych na pajęczynach, wrzoścach, liściach wietlicy, fioletowych kwiatach leśnego czyśćca i dojrzewających, czerwonych malinach… wprowadzając mnie w bajkowy nastrój i przywołując wspomnienia z dzieciństwa. Radując dobrodziejstwami. Ciężkie owocami łodygi borówki potulnie kładły się na dłoni, pozwalając palcom na strząsanie niebiesko-czarnych korali, plamiąc fioletem opuszki i spragnione leśnych pocałunków wargi. Upojony smakiem i zaklinaniem boru padłem plecami w miękkie, wilgotne mchy. Brzegi rozchełstanej koszuli drażniły stwardniałe chłodem brodawki. Lubieżnik wiatr tarmosił za włosy, ciężkie krople deszczu rozbijały się o skórę piersi, twarzy i ściekając po policzkach drobnymi strużkami muskały szyję i przyjemnie łaskotały okolice uszu. Zamknąłem oczy i z rozkoszą poddawałem się tej pieszczocie… oddałem się naturze. Nie opuszczało mnie to dziwne uczucie, że nie jest się samym, że coś ? Ktoś ? podgląda schowany w sitowiu i gęstwinie. Wzmagał się też ten szczególny stan podniecenia zmieszanego z dziecięcym zawstydzeniem. Wszystkie te smaki, emocje i doznania krzyczały: chwilo trwaj! Zapach bagna i błogosławiona cisza zesłały sen, w którym śniłem przedziwne obrazy… cudne, barwne abstrakcje przerwane nagłym grzmotem i poruszeniem na mokradłach. Klangor i trzepot skrzydeł wzbijających się do lotu żurawi rozwiały resztki kolorów spod powiek. Z zachwytem patrzyłem jak te piękne ptaki zatoczyły koło nad wodą i uspokojone nieco wylądowały wśród wysokich traw. Nadciągała burza. Nie myśląc długo wgramoliłem się na zwaloną do jeziora brzozę i schyliłem się by umyć lepie od jagód ręce. Śliska zdradliwa kora wymsknęła się spod buta i zabierając mi równowagę wpakowała prosto do zastoisko. Wdrapując się na stromy brzeg chichotałem z własnej głupoty i przeklinałem jednocześnie. Przemoczony do suchej wracałem ścieżynkami do domu zbierając wyzierające spod suchych liści kurki, dopełniałem wiklinowy koszyk. Ciągnąc za sobą przyjemny, mulisty smrodek wkroczyłem na resztki brukowanej drogi i chlupocząc trampkami skierowałem się w stronę chałupy… gdzie czekały na mnie bardzo smutne wieści.

.

poniedziałek, 11 czerwca 2012

Zapach lilii...


      Nadciąga burza sypiąc piaskiem w stronę schodów. Kłęby suchych traw przetaczają się przez podwórze zabierając ze sobą uciekające w pośpiechu żuki. Zdezorientowane muchy wciskają się w szpary okiennic. Po korytarzu szaleje wiatr. Wieje i zawiewa. Na piętrze stara, poniemiecka szafa tłukąc skrzypiącymi skrzydłami drzwi jęczy pragnieniem wzbicia się pod dach… nad… ponad to wszystko. Zapomniane palta strzepują z kołnierzy ciężki kurz. Słomiane maty zwijając się z przestrachu suną w bezpieczny kąt, płosząc gazety, które jak stado mew wzbiły się do lotu i tłuką stronicami o szyby. W całej chałupie zaczyna się ruch… wszystko ożywione wiruje i tańczy. Skłębione, czarne chmury niczym wzburzone, sztormowe morze przepływają za ramami okien strasząc pomrukami grzmotów i żyłami błyskawic. Białe firany, niby welony nieszczęsnych topielic unoszą się pod sufitem. Pojedyncze, grube krople jak łzy olbrzyma bębnią o spody kolorowych garnków zawieszonych na płocie, pod którym nieśmiało pękły pierwsze kwiaty lilii… Woń ich przywołuje słodkim, duszącym zapachem wspomnienia o ukochanych spoczywających w kołyskach trumien. O mrokach kapliczek, w których żegnałem się z nimi kładąc ostatni pocałunek na wystygłych ustach, spoglądając na woskowe twarze z niedosytem, by jak najwięcej zapamiętać, sczytać z martwych rysów nim skryły je wieka. Przywołuje wspomnienie każdego bębnięcia grudy ziemi o drewno, zgubionej łzy, co kładła na kolana. Deszcz tłucze, a ja siedzę na spękanym krześle, tkwię w bezruchu czując się jak aktor, który nie otrzymał angażu… niepotrzebny… dla którego nie ma już żadnej roli.

.

sobota, 12 maja 2012

Noc Walpurgii



      Noc Walpurgii spędziłem na Bezduszu otulony oddechem starych lasów, trzęsawisk i bagien. W domu napuchniętym od zaduchu wspomnień, odoru rozkładającego się pod wiekową lipą borsuka i słodkiej woni kwitnących jabłoni.  Zmęczony chorobą ciała… życiem… zmęczony sobą samym. Miotając się w fałdach pomiętej pościeli spoglądałem przez judasz okna w naszpikowane cyrkoniami gwiazd niebo. Im dłużej patrzyłem, tym bardziej zaprzepaszczałem się w czarnowidzeniu. Ponure myśli i wizje majaczyły na horyzoncie przyszłości mieszając się z półsnem.   Zdławiony lękiem zrywałem się raz po raz chwytając łapczywie nagrzane i suche powietrze. Niespokojnie rozglądałem się po ciemnym pokoju, strącając drżącą dłonią rosę potu z rozpalonego czoła. Półszeptem prosiłem zmarłych błądzących po domu by ciszej szurali stopami i nie trzaskali drzwiami.








.

niedziela, 18 marca 2012

Żurawie...

   
.
      Idzie wiosna, w powietrzu unosi się świeży zapach budzącego się ze snu świata i gryzącego w nozdrza dymu palonych traw. Rozśpiewane ptactwo zaczyna wić gniazda w ażurowych czuprynach krzewów, wychwalając szczebiotem słońce, a we mnie wciąż jesienna zgnilizna. Butwiejące liście dni, spod których wyzierają szkielety myśli, co jak zerwane przestrachem ptaki pozabijały się uderzając o szyby. Wiatr zawiewa łzy do studni duszy poprzez wyblakłe kałuże oczu, w których odbijają się lecące nad mokradła żurawie.

.

sobota, 25 lutego 2012

Zanurzając się...


      Niegdyś podczas kąpieli uwielbiałem zanurzać twarz pod wodę. Stara, mosiężna wanna z uszczerbioną na krawędzi emalią była na tyle duża, że kładło się na dnie z wyprostowanymi nogami. Biorąc głęboki wdech zanurzałem się pozwalając, by głowa lekko opadła na dno. Oczarowany mieniącymi się na powiekach smugami światła przedzierającymi się przez powstałe na powierzchni zmarszczki, wsłuchiwałem się w bicie serca i inne zniekształcone, przytłumione dźwięki. Leżałem w tym magicznym podwodnym świecie tak długo, jak długo mogłem, zapominając czasem o wynurzeniu się i zaczerpnięciu powietrza. Nieraz otwierałem oczy i unosząc wyciągnięty palec tuż pod wodną taflę, tańczyłem na tej płynnej granicy opuszkiem malując przecudne zawirowania, zygzaki i węże. Ostatni raz zanurzyłem twarz i otworzyłem oczy mając naście lat. Długie włosy falowały niczym wodorosty barwiąc czerwienią wcieranej w nie wcześniej wilgotnej bibuły, krwawiły wraz z pękniętym sercem ranionym pierwszą, niespełnioną miłością.


niedziela, 19 lutego 2012

Wciąż pieni się we mnie...



      Wciąż pieni się we mnie, kipi przeszłość. Przeszłość, która po tych wszystkich zebranych w sumę latach powinna przybierać jedynie kształt mglistych, pojawiających się raz po raz wspomnień. Wspomnień pozostawiających jedynie słony smak na wargach samotną, zbłąkaną łzą. Ale nie, ona jest ż y w a! Wciąż zatruwa krwiobieg mojego życia odcinając sercu dopływ szczęścia, płucom oddechu, duszy wytchnienia. Wciąż czuję się jak cień na bezbarwnej, wyblakłej fotografii zamkniętej pomiędzy czarnymi kartami starego albumu. W tej ciemności błądzę po omacku próbując znaleźć wyjście. Skulony jak ranny pies wylizuję wciąż jątrzące się rany. Tamta miłość wgryzła się w piersi jak wściekła bestia wyszarpując wszystko co piękne i  choć tego demona ukrywającego się pod maską anioła, którego umiłowało serce dawno rozwiał wiatr… ja wciąż trwam w tym bólu. Codziennie od nowa próbuję wydrapać paznokciem dziurkę w skorupie, by wpuścić odrobinę światła i nadziei. Wiary w człowieka, w czystość serca i zwyczajne ludzkie ciepło. W bezinteresowność uczuć …w miłość, tą kreśloną piórem starych romantyków. Miłość wymarzoną w dzieciństwie, zapisaną na mapie gwiazd…tę wyśnioną…spełnioną… jedyną. 


piątek, 3 lutego 2012

Nocą...



      Nocą za oknem pisała się bajka wirującymi, grubymi płatkami śniegu spadającymi leniwie niczym pierze z rozdartej poduszki. Biały puch osadzał się powoli na gałązkach wysokich iglaków. Okrywał szaroburości łąk najeżonych kolcami suchych badyli. Im więcej przybywało śnieżystości, tym więcej budziło się w sercu dziecięcej radości. Ochoty, by wybiec jak niegdyś i kulać się po chłodnej pierzynie. Obracać wraz z wirującymi śnieżynkami. Otrząsać z kryształków gałęzie wiszące nad głową. Niestety, przeziębiony organizm domagał się gorącej herbaty z leśnymi malinami wekowanymi latem. Przyczłapawszy z kubkiem zasiadłem wygodnie na fotelu i otuliwszy się kocem spoglądałem przez okno w przeszłość, gdzie w zdobionych kwiatami mrozu szybach wydrapywało się dziurkę, by wyjrzeć. W szczelinach wył wiatr, a na zewnątrz szalały prawdziwe śnieżyce. W pokoju spowitym ciepłym, pomarańczowym światłem wyzierającym spod abażuru nocnej lampki stojącej w kącie, na wielkim fotelu siedział dziadzio z dłońmi zaplecionymi na brzuchu. Siedział i snuł przepiękne opowieści. Babcia otulona papierosowym dymem, uśmiechała się spoglądając na dziadka z tą miękkością znaną tylko zakochanym. Uśmiechała się do nas, wnucząt skłębionych na dywanie u stóp dziadka. Uśmiechała się do mnie …poprzez obrazy zapisane lata temu znów spoglądała ma mnie, a ja na nią. Tylko mój uśmiech był nieco smutny, bo wiedziałem, że za chwilkę jej twarz się rozmyje.





wtorek, 20 września 2011

Bezsenność...



      Bezsenność… ale jeszcze gorszy jest stan w którym budzę się co chwila z ciężarem co jak kamień mogilny na piersi zalega. Deszcz przesiewa ciemność, wybija o dach smutne intermezzo. Zacichły rykowiska. Sny choć krótkie to intensywne… i niemal namacalne. Wstaje wyrwany z senności bezdechem i otumaniony lękiem. Spoglądam zza szyby w czerń rozmytą pomarańczowym światłem samotnej latarni, gdzie wiatr surfuje po morzu pożółkłej trawy, a wielki wóz przemierza jak co noc drogę po niebie na wschód. Lato kończy się. Stąpam bosymi stopami po grzbietach desek, wyczuwając spękania i wypaczenia tworzące się przez dziesiątki lat. Deskami pamiętającymi jeszcze kroki tych co odeszli - umarłych. Nalewam chochelką ze starego wysłużonego wiaderka studzienną wodę, nakładam na szyjkę czajnika gwizdek i czekam… czekam wsypując do kubka kawę. Nade mną cicho tyka zegar. Jest mi źle… bardzo źle, znów zapadam się w ten paskudny, mętny, stan… stan zawieszenia. Nieznośny chłód wgryza się w skórę. Nakładam ciepły sweter i wełniane skarpety. Snuciem wypełniam pustkę domu przemierzając ścieżki zdrapanych farb.


poniedziałek, 12 września 2011

Podróże nocą...



      Uwielbiam podróżować samochodem nocą. Zwłaszcza zapomnianymi drogami, okrytymi konarami starych drzew, spomiędzy których przedziera się smugami jak przez dziurawy dach katedry światło księżyca. Kocham patrzeć na śpiące wsie. Pola spowite gęstą, mleczną mgłą z której wyłaniają się jak widma poszarpanych masztów strachy na wróble. Wdychać przez otarte okno wilgotne, nasiąknięte zapachem ziemi powietrze… trzepocące włosami jak wiatr pierzastą trzciną. Na skrzące się w świetle reflektorów ćmy, spadające niczym małe meteoryty gasnąc w ciemności. Mknąć przez głęboki, czarny las tańczących cieni o zagadkowych kształtach. Lubię gdy otwierają się bramy wyobraźni. Lubię ten stan serca, zachwyt, spokój i myśl smutną, że wszytko to jest chwilą… krótką chwilą… ale to właśnie z takich kruszyn składa się moje szczęście, moja wolność, moje życie. 


czwartek, 28 lipca 2011

Wołam o sen...


      Za oknem deszcz przesiewa ciemność karmiąc źrenice szarym, ponurym świtaniem. W piersi kłębią się smutki, rozterki i niepokoje straszące widmem niepewnego losu przyszłych dni, miesięcy, lat. Obolałe ciało krzyczy o wytchnienie targane od wewnątrz olbrzymią siłą, która rozsadza stawy, naciąga mięśnie i jakby lawiną kamieni kruszy kości. A tymczasem ja w tej niewygodzie ciała, zamartwieniu ducha i bólu głowy wołam o sen… głęboki, spokojny sen.