Kolejny tydzień spędziliśmy w przemiłym towarzystwie Czarnej Loli i małego F.J., którzy to usychając z tęsknoty postanowili przybyć do Jaworza z wizytą po raz drugi. I choć nasz wspólny pobyt zmącili byli zakłócili inni goście bez zaproszeń, biletu i miejscówek, to i tak czas spędzony razem należał do bardzo przyjemnych, leniwych i spokojnych… tak, spokojnych bo Czarna jest osobą przy której się odpoczywa, a to dzięki pozytywnej energii emanującej z jej osoby. Podczas szalejących burz kisiliśmy ogórki rozświetlając płomykami świec ciemności powodowane kolejnym brakiem prądu. Oglądaliśmy filmy upchnięci całą czwórką w jednym łóżku, a właściwie piątką, bo jeszcze mościła sobie gniazdo między nami psina Halina. Walczyliśmy z paskudnym kaszlem Czarnej przy pomocy syropu z młodych świerkowych pędów i z cebuli na przemian. W między czasie zwiedziliśmy Kaliski ryneczek, sklep dla biedaków „Biedronkę”, gdzie to obkupiliśmy się w stempelki i dziurkacze dekoracyjne. Odwiedziliśmy też kawałek Stargardzkiego Lotniska – Kluczewo. Mały zaledwie fragment, gdyż zalane po ulewnych deszczach pasy startowe stały się nieprzejezdne, a na spacer brakowało czasu. Postanowiliśmy więc pocieszyć się kradzioną nieopodal z pola kukurydzą, która to okazała się niezjadliwa, bo sieroty nie zauważyły, że jest kukurydzą pastewną i gotowali… i byli by tak pichcili do usranej śmierci. Nie wiem dlaczego tak się dzieje, ale czas w doborowym towarzystwie szybko mija, choć człowiek stara się każdą upływającą minutę przeciągnąć choć o połowę dłużej. Zawsze też pozostaje ten niedosyt rozmów, wymieniany uśmiechów, chwil wspólnie spędzonych. Pożegnania są smutne, bynajmniej dla mnie, ale jest też w nich ukryta nadzieja na kolejne witanie i radość.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzienniki Bezdusza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzienniki Bezdusza. Pokaż wszystkie posty
środa, 7 września 2011
poniedziałek, 5 września 2011
Dzienniki bezdusza - "Czternaście małp i naga prawda o mężczyznach!!! "cd.
Wstałem człapiąc się w kierunku kuchni, gdzie ze sfatygowaną twarzą, drapiąc się po kroczu siedział drwal. Widząc mnie pojaśniał – zastanawiałem się czy to obecność mojej skromnej osoby wywołały w nim ten radosny stan, czy świadomość, że za chwilkę dostanie pod gębę lekko ściętą jajecznicę którą tak bardzo lubi: z dużą ilością cebuli i pieprzu, i gorącą kawę . Smażąc kurki przeklinałem drwala na tysiąc jeden możliwych sposobów. Widziałem oczyma wyobraźni jak siedzi skręcony bolesną biegunką na wychodku .
- Długo jeszcze? – wyrwał mnie z radosnych wizji zachrypiały, zniecierpliwiony głos.
Udałem, że nie słyszę, mieszając zawzięcie grzyby z cebulą.
- Norbercik, długo jeszcze!? – padło ponownie pytanie, tym razem głośno i dosadnie.
- Tyle ile trzeba, czyli mniej więcej 10 minut – odpowiedziałem spokojnie trzymając w ryzach niepohamowany, ostry jak brzytwa język z którego jestem znany. Wysiliłem się nawet na uśmiech.
- To dobrze, bo jestem strasznie głodny.-
- O będzie jajeczniczka, mniamci - zagadał K. ziewając i przeciągając się w kuchennych drzwiach, przyciągał uwagę bokserkowym namiotem.
- Ty Norbert, zobacz, taka mizerota, a jakiego ma ku…sa – wystrzelił drwal - można popaść w kompleks, nie?
- Ja tam nie mam kompleksu – odparłem – cieszy mnie taki, jakiego mam, a przeraża myśl, że mogłoby być gorzej.
K. spojrzał na drwala, na mnie i ponownie na drwala. Popukał palcem w czoło i wyszedł. Mieszając jajecznicą widziałem jak kłusuje po zroszonej trawie do kibelka. Rozłożyłem talerzyki, wyłożyłem chleb, wlałem w kubki kawę zbożową z mlekiem i podałem panom jajka. Dla reszty szykowałem stertę kanapek. Drwal pomlaskiwał nad posiłkiem i mruczał z wyraźnym zadowoleniem. Niebawem na śniadanie zwaliła się cała ekipa, dzieląc się na dwie grupy; jedna w kuchni, druga na zewnątrz przy stoliku. Chwilkę po śniadaniu czworo ochotników pojechało po zakupy.
Po mniej więcej trzech godzinach chłopcy wrócili z pobliskiego Kalisza z bagażnikiem alkoholu. Niestety, całą okrągłą sumkę, którą poprzedniego wieczoru „zarobiłem” wydali co do grosika. Po kilku wypitych na szybko piwkach zachciało im się iść na grzyby. Ok. pomyślałem sobie: pohasają po lesie, zmęczą się i będą w nocy spać jak zabici. Zaopatrzeni w plecaki, wodę, procenty, nożyki i koszyki ruszyliśmy w kierunku strumienia. Po prawej stronie drogi znajdujący się tor szkoleniowy wywołał w panach nagły napływ chłopięcej radości i niepohamowaną potrzebę zabawy tak silną, że nie myśląc długo rozpierzchli się po terenie wrzeszcząc jak szaleni. Jeden wdrapał się na bardzo wysoką ścianę ćwiczebną i wieszając się na samej górze machał radośnie nogami. Kilku wlazło w podziemny tunel z którego zaraz słychać było różne niecenzuralne słowa i krzyki… albowiem w labiryncie tym panuje całkowita ciemność i poruszanie się w nim polega na metodzie macania, a w bardzo wąskich korytarzach raz na jakiś czas wpada się w wykopane doły, tak na głębokość mniej więcej kolan lub pasa, w których znajduje się woda… a raczej cuchnąca breja przypominająca ją. Kolejni dwaj przeczołgiwali się między drutami kolczastymi i innymi zasiekami, a jeszcze inni uczepili się innego obiektu, huśtając jak małpy po rozwieszonych na łańcuchach oponach. A ja biedny żuczek stałem na drodze modląc się w duchu, by tylko nie nadjechała żandarmeria. Stałem i patrzyłem na dorosłych mężczyzn umorusanych, mokrych i szczęśliwych jak dzieci. Kiedy w końcu zdecydowali się zakończyć zabawę i powoli zbliżali do mnie. Szybciutko przeliczyłem czy aby wszyscy są i robiąc karcącą minę ruszyłem dalej. Chłopcy, o dziwo grzecznie szli za mną podziwiając okolice. Spokój jednak nie trwał długo, zaraz po przejściu na drugą stronę strumienia panowie wystartowali, każdy w inną stronę, kłócąc się między sobą o miejsce do zbierania. Wielokrotnie napominałem, by trzymali się blisko mnie, bo lasy te są duże, a oni kompletnie ich nie znają… oczywiście moje słowa na nikim nie robiły wrażenia. Natomiast na mnie piorunujące wrażenie robiły brutalnie podeptane przez szkodników kurki. Westchnąłem patrząc na skalę zniszczeń. Schyliłem się i zacząłem zbierać te jeszcze cudem ocalałe. Czym dalej brnęliśmy w las, czym więcej ubywało z plecaków piwa, tym bardziej chłopcy mieli problem z poruszaniem się i komunikacją. Stawali się nieznośnie marudni, smęcąc: a że bolą ich nogi, że gryzą komary, że nie ma grzybów, że nudno i że są głodni. Koszyki puste z wyjątkiem mojego i jeszcze jednego, którego właściciel kroczył dumnie z uniesioną głową. Szybko jednak zgasiłem jego radość wysypując zawartość koszyka na mech i tłumacząc poczerwieniałemu ze złości G., że te prześliczne grzybki to w większości szatany. Chłopcy, jak to chłopcy, natrząsali się z G., a sam G. spuściwszy głowę dreptał powoli uginając wysoką trawę. Powrotna przeprawa przez strumień okazała się dla niektórych zbyt trudną. Dość już zmęczony alkoholem J. poślizgnął się i wpadł do lodowatej wody wrzeszcząc niemiłosiernie. Dobroduszny G. wyciągnął rękę , by pomóc wdrapać się J. ale widząc to drwal wepchnął biedaka w zimny nurt. Drwalowi pomogli w kąpieli koledzy A. i M., którzy również mieli niefart i pozjeżdżali na tyłkach z nasypu do wody. W końcu w wodzie wylądowali wszyscy z wyjątkiem mnie, który to ja starałem się przebiec żółty, zdradziecki piasek podskakując jak sarenka. Byłem już prawie na górce, gdy poczułem silny uścisk wokół kostki prawej nogi. Zachwiałem się i poleciałem facjatą w piach, który natychmiast wypełnił mi usta i powchodził między zęby. Koszyk wypadł mi z ręki i widziałem w zwolnionym tempie jak wszystkie grzyby wysypują się dookoła. Coś, a właściwie ktoś ciągnął mnie do wody. Próbowałem się ratować wczepiając palce w podłoże, ale te tylko przeczesywały piasek pozostawiając głębokie bruzdy… ślady walki o przetrwanie. W akcie desperacji zacząłem krzyczeć, błagać kata o litość, ale ten niewzruszenie ciągnął mnie jak wór ziemniaków. Lodowata woda najpierw otuliła moje stopy, powoli zagarniała nogi, kiedy doszła do krocza poczułem jak zapiera mi dech… jak ciało ogarnia panika. Chwilkę po tym cały już znajdowałem się pod taflą, plącząc się w zielono – brunatnych porostach. Gdy się podniosłem śmiechom nie było końca.
- Który to ? – krzyknąłem. Pytanie właściwie nie potrzebne, bo podskórnie wiedziałem kto to zrobił.
Cała parszywa trzynastka wskazywała palcem na drwala zbierającego ze spodni pozaczepiane rośliny.
Nie myśląc długo rzuciłem się na drania, wskakując mu na plecy. Rosły chłop ani drgnął, a ja zawisłem oplatając ramionami jego szyję. Wiedziałem, że położyć tura nie będzie łatwo, więc postanowiłem posunąć się do małego podstępu. Złapałem zębami za opuszek ucha i zacząłem ciągnąć. Drwal zawył, zaczął się miotać jak opętany próbując strząsnąć mnie z pleców. Skąpana widownia huczała ze śmiechu. By nie spaść zacisnąłem nogi wokół pasa drwala, który próbował chwycić mnie od tyłu wielkimi łapami. Zginał się wpół, ruszając łopatkami w lewo i prawo, ale ja uczepiony mocno nie dawałem za wygraną. Puściłem ucho i chwyciłem drugie. Drwal krzyczał, podskakiwał jakby obsiadło go stado czerwonych mrówek. W końcu w jego pustej głowie zakiełkował pomysł, by paść plecami do wody. Poczułem jak przygniata mnie 120 kilo drwalowego cielska, jak powoli zapadam się w splątane zieloności. Woda zalała mi nos, zacząłem się dusić. W końcu walidąb przechylił się w bok uwalniając mnie. Wypłynąłem na powierzchnię łapczywie chwytając powietrze. W myślach dziękowałem dobrym duchom, że tym razem zapomniałem zabrać ze sobą aparat. Drwal stał na brzegu z nabzdyczoną miną. Chłopaki chlapali się radośnie, a ja zbierałem oblepione piaskiem grzyby z powrotem do koszyka. Przemoczeni ruszyliśmy w kierunku domu pozostawiając na sobą szlaczki z ociekającej wody i zielone, wodorostowe łatki. Dzień nie należał do ciepłych, wiatr wyziębiał otulone mokrymi ciuchami ciało, a chylące się ku zachodowi słońce nie dawało zbyt wiele ciepła. Gdy dotarliśmy w końcu do domu, natychmiast rozpaliłem w kuchni i piecu na parterze. Panowie pozrzucali z siebie szmatki i rozwieszając je po całym domu paradowali z przyrodzeniami na wierzchu, strasząc bladością pośladków. Podczas gdy ja nastawiałem gar ziemniaków i ubijałem schabowe, oni otworzyli 0,7 litra żurawinowej Finlandii. Jej kuszący aromat sprawił, że i ja nie dałem rady się oprzeć jednemu, a i w skrytości wyznam, że jest to jedna z moich ulubionych wódek. Na dwóch patelniach smażyły się kotlety, ja siekałem kiszoną kapustę na surówkę, panowie prowadzili kulturalne rozmowy polewając następną kolejkę, tylko drwal przysypiał oparty o ścianę na tak zwaną kurkę dziobiąc raz po raz głową w dół. Dziobał tak zawzięcie, że o mało nie przywalił głową w kamienną posadzkę. Któregoś wesołka wzięło na żarty i podłożył pod spadającą twarz drwala talerz z piankowymi, ciepłymi lodami ułożonymi w zgrabny stosik. Oblepiony kawałkami pokruszonej czekolady i słodką masą drwal otworzył oczy, a raczej odlepił sklejone powieki. Wściekły chwycił za pianki po czym zaczął je wcierać we włosy, rozsmarowując przy okazji po twarzy i szyi żartownisia. Przypadkiem oberwało się siedzącemu z boku. G., który nie myśląc długo chwycił za ketchup stojący od śniadania na stole i począł wyciskać go na wszystkich dookoła. No i zaczęła się ostra jazda bez trzymanki, powietrze przecinało dosłownie wszystko: woda, wódka, zapitka, ketchup, musztarda, próbowałem ukryć miskę z prawie już gotową surówką, ale przewaga napierających była zbyt liczna. Z lodówki kolejno uciekały, dżem, jogurt, śmietany, serki topione, mleko i zupa pomidorowa z dnia wczorajszego. Ze spiżarki zapasy w postaci mąki, cukru, kompotów, soków owocowych. Co chwila coś lądowało na mnie, ściekało, oblepiało. W ferworze walki tłukło się o podłogę spadające szkło, pourywane drzwiczki wiszącej szafki dyndały trzymając się ledwo na jednym zawiasie. Krzesła, stół i taborety porozrzucane po kuchni i pokoju, leżały najeżone do góry nogami. Wszystko pokrywał biały, mączny kurz. Powoli opadał też deszcz pierzy z rozerwanego, starego jaśka. Patelnie ze schabowymi paliły się zadymiając kuchnię. Panowie szarpiąc się rwali na sobie podkoszulki i mazali pianką do golenia. Trzech wariatów przytrzymywało leżącego na podłodze biednego J., a czwarty zgalał mu z piersi włosy. Dopali się również do moich akrylowych farb. W między czasie pojawił się ochroniarz P., lekko zdziwiony zarówno całą sytuacją i liczebnością gości, widząc moją minę głośno i stanowczo poprosił o spokój. Poruszeni jego obecnością panowie wstrzymali obroty. W drzwiach pojawiła się również przybyła po dwóch dniach nieobecności Sydonia. Wiedziała, spoglądając na mnie, że lepiej się już nie odzywać. Poprosiła tylko o kawę z mlekiem i drepcząc schodami na piętro rzuciła - miłego sprzątania. Gdy chłopcy w końcu ochłonęli i dostrzegli skalę zniszczeń z przepraszającymi minami zaczęli zbierać się w kuchni, a ja patrząc na nich, stałem nucąc sobie w głowie zapamiętany z dawnych lat kawałek „Piersi”. Wyszedłem z domu zabierając ze sobą butelkę wódki, miałem już wszystkiego dość… pragnąłem jedynie upić się i w spokoju spędzić tę noc. Nie obchodziło mnie już, co jeszcze wpadnie do głowy tym jakże poważnym panom na poważnych stanowiskach. Zaszyłem się na małym pomoście schowanym na końcu jeziora. Siedząc i popijając rozmyślałem o sobie, swoim życiu i myśli te smutne tylko pogłębiły podły nastrój. Piłem, piłem i nie wiem nawet kiedy odpłynąłem.
Ktoś szarpał mnie za ramię. Miły, ciepły, spokojny głos prosił bym wstał. Otworzyłem oczy i w rażącym świetle zobaczyłem rozmytą S. uśmiechającą się do mnie. Mój dobry Anioł- pomyślałem podnosząc z desek obolałą głowę. Całe ciało dygotało z zimna, wysuszone wargi i krtań błagały o kroplę wody. Skurczony żołądek męczył nudnościami.
- Chodź do domu. Zrobię ci gorącej, gorzkiej herbaty – zaproponowała S.
- Aż boję się tam iść – wychrypiałem.
- Chłopcy troszkę zaszaleli – uśmiechnęła się S. – sam wiesz, że w twoim towarzystwie wszyscy zapominają o wszystkim i dobrze się bawią. I bardzo Cię lubią, ba, uwielbiają, bo przy Tobie nie muszą udawać, ukrywać się i pilnować. Jesteś, jak to powiedział drwal ich „wolnością”. Całą noc martwili się o Ciebie i co chwilka przepraszali.
- Naprawdę?
- Seri, serio – odparła S. pomagając mi podnieść się.
Wchodząc do domu doznałem szoku. Na stole parowała gorąca kawa, obok talerz z kanapkami i dzbanuszek z żółtymi aksamitkami. Kuchnia posprzątana, ściany wyszorowane, szafka naprawiona. Z radia cichutko płynęła muzyka. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom.
- Mamy Cię !!! – krzyknęli wyskakując z pokoju chłopcy. Przestraszony podskoczyłem, ale zaraz zacząłem się śmiać. Widok tych niepokornych paskud rozczulił mnie dogłębne.
wtorek, 30 sierpnia 2011
Dzienniki Bezdusza - "Czternaście małp i naga prawda o mężczyznach!!!"
Poniedziałek 22.08.2011
Mam dla siebie wolną chwilkę i choć nie jest ona tą wymarzoną bo kapie mi nosa, kicham i prycham, to jednak, mimo iż zabrzmi to przewrotnie, jest wytchnieniem i odpoczynkiem. Rano dom opuściła niezapowiedziana, szalona, czternastoosobowa brygada różnej maści szaleńców płci męskiej. Wpadli sobie w piątek po południu na ognisko, grilla, piwko i pozostali byli tak, aż do dzisiejszego ranka. Nie żebym narzekał, użalał się, czy wypłakiwał- bardzo cenię sobie towarzystwo ludzi. Nie powiem, z początku było bardzo miło, roześmiana grupa gaworzyła przy ognisku, obok na grillu skwierczały kiełbasa, kaszanka, marynowana karkówka, pikantne skrzydełka, i grube plastry boczku. Nad głowami gwieździste niebo przecinały spadające raz po raz meteoryty, a przyjemny wiaterek smagał nagrzane ciało. Piwko chłodziło się w 6 metrów pod ziemią w lodowatej gardzieli studni. Było pięknie. Kolega P. grał na gitarze kawałek „People are strange”- The Dorsów. Zapachy pobudzały apetyt. Impreza rozkręcała się na dobre.
Pierwszy odpadł K., który zataczając się wyraźnie próbował przebrnąć na skróty przez wysoką trawę do sławojki. Nim zdążyłem zareagować zniknął tonąc w morzu falujących, zielonych źdźbeł. Pal go pięć, prześpi się, zetną go komary i wstanie - pomyślałem – ruszając za zmierzającym w kierunku strumienia panem J. Dopadłem go przy mostku, złapałem za koszulkę pytając gdzie się wybiera.
- Utopić – odparł.
Zacząłem się śmiać.
- W tym strumieniu nie dasz rady, co najwyżej przeziębisz się, bo woda tu zawsze lodowata – żartowałem. Szybko jednak przestałem zauważywszy, że chłopak płacze.
- Dlaczego? Dlaczego wciąż jestem sam? Dlaczego żadna kobieta mnie nie chce, przecież niczego mi nie brakuje. Mam ręce, nogi, co prawda urodę przeciętną ale nienajgorszą. Mam mieszkanie, dobrze zarabiam… więc czego, czego mi brakuje? Dobiegam trzydziestki i wciąż jestem sam – bełkotał.
- Nie zawsze znajdziemy odpowiedź na dręczące nas pytania, życie sunnie powoli swoim torem i uwierz mi, znajdziesz tą swoją połowę , a jak znam przewrotność losu to w momencie kiedy będziesz się tego najmniej spodziewał.
- Wierzysz w to – zapytał J. spoglądając na mnie.
- Gdyby było inaczej, nie odzywałbym się. Choć do domu, położysz się, odpoczniesz.
J. oparł się na mnie i zaczęliśmy powoli kierować się w stronę chałupy. Podczas drogi prowadził bezustanny monolog, że jestem jednym człowiekiem, który zna go na wylot, że mi dziękuję za wszystkie dobre słowa i rady dawane przez lata, że jestem jego najlepszym przyjacielem, że gdyby był gejem, zakochałby się we mnie bez pamięci i dbał jak o najcenniejszy skarb i takie tam różne. Kiedy mijaliśmy pijane towarzystwo, zauważyłem, że niedaleko stodoły dwóch panów prowadzi zaciekłą wymianę poglądów językiem pięści. Krzyknąłem by przestali, ale wołanie moje poniosło w las echo. Doprowadziłem kompletnie już rozklejonego J. do pokoju na dole, zamknąłem drzwi i podsadziłem na łóżku.
- Prześpij się spokojnie, a juro…jutro zobaczysz będzie piękniejsze.
- Przytul się do mnie proszę, nie chcę spędzić kolejnej nocy sam – wychrypiał.
Chciałem zaprotestować, ale jego widok w jakiś dziwny sposób chwycił mnie za serce, rozczulił, więc ułożyłem się obok. J przygarnął mnie do siebie ramieniem tak blisko, że czułem na karku jego oddech. Dziękuję – wyjąkał. Podczas, gdy jego wdech i wydech stawał się cięższy, myślałem sobie, spoglądając przez otwarte okno na wielki wóz, że wszyscy jesteśmy w ten czy inny sposób samotni, nieszczęśliwi, niespełnieni. Gdy zaczął pochrapywać delikatnie uwolniłem się z jego uścisku i cichuteniko wymknąłem z pokoju. Na zewnątrz zabawa na całego. Roztańczony, zalany drwal D. podleciał do mnie chwiejnym krokiem, chwycił silnymi łapami i ścisnął w pół. Poczułem jak wzbierają się we mnie mdłości, jak ściśnięte wnętrzności wołają o odrobinę poluźnienia z gorsetu drwalowych ramion.
- Norbert, chłopie kocham Cię! – zaryczał głębokim basem D. potrząsając mną w górę i w dół.– Ty jesteś zajebisty facet, rozumiesz? Daj, niech cię ucałuję.
Nim zdążyłem zaprotestować poczułem jak szorstki, dwudniowy zarost ściera mi skórę policzka sunąc powoli w kierunku ust. Zesztywniałem i uchyliłem głowę w bok ale drwal był nieugięty: zacisnął wargi wokół mych przysysając się jak glonojad do szyby akwarium . Po nieskończenie długiej chwili odkleił się z głośnym cmoknięciem, pozostawiając obrzydliwy posmak papierosa i zjadliwe pieczenie wokół ust. Uwolnił też z uścisku stawiając, a raczej puszczając na ziemię.
- znajdź sobie w końcu babę, albo podłapuj pień drzewa – wycharczałem łapiąc powietrze – a nie mnie kretynie.
- i za to Cię właśnie kocham! – zaryczał ponownie D. rechocząc w głos – choć spijemy browara, bo dobrana z nas para – zrymował jak zwykle – waląc mnie ciężką łapą w plecy.
Przy ognisku kolega G. i A., którzy jeszcze przed chwilą okładali się pod stodołą, teraz w stanie totalnego upojenia przywarci do siebie, chichoczą i prowadzą dialog w niezrozumiałym bełkocie. Kolega K. plastyk, ten sam co wcześniej zaginał w trawie, walczył dzielnie z nudnościami zdobiąc twórczo smuty, szary świat mozaiką swych wnętrzności… można by o nim rzec: artysta pełną gębą. W między czasie drwal częstował mnie spaloną na wiór, zimną już kiełbasą podniesioną z trawy i kolejną puszką Lecha. Lodowate piwko smakowało jak nigdy, w przeciwieństwie do spalonej śląskiej. Drwal przeżuwając skwarki mlaskał z wyraźnym zadowoleniem. Bokiem wargi ściekała mu ślina z kawałkiem czegoś, co przypominało namiękły chleb. Faceci to świnie - pomyślałem patrząc z niesmakiem jak zbiera spienioną mieszaninę językiem i wciąga powrotem do ust… tylko mały kawałeczek bliżej nieokreślonego pokarmu spadł w dół plącząc się w czarnych kudłach obrastających jego piersi.
- I jak się bawisz? – wyrwał nie z koszmaru cichutki i spokojny zawsze M.
- Wyśmienicie – odpowiedziałem uśmiechając się.
- Masz ochotę na spacer?
- Jasne - odpowiedziałem z entuzjazmem.
Pakując do plecaka kilka piwek, chipsy i paluszki dostrzegłem jak rosły drwal pada obok paleniska, gębą w piasek. Z przewróconej puszki wyciekało piwo, a znad zsuniętych lekko jeansów wyzierały blade pośladki. Nie myśląc długo zerwaliśmy z M. kilka żółtych wrotyczy i chichocząc wetknęliśmy bukiecik w zarośnięty rowek. Drwal ani drgnął. Trzech nagich wesołków pląsało radośnie oblewając się wodą z wiader, a jeden przysiadłszy na czubku śliwy wyśpiewywał, a raczej wył wilczą pieśń do księżyca. Zdziwiony kot Maurycy spoglądał wielkimi, żółtymi ślepiami na wczepionego w zieloną czuprynę drzewa wariata. Psinka Halinka robiła za odkurzacz wciągając te mniejsze, pozostałe na porozrzucanych talerzykach frykasy, a grubsze łakotki zakopując pod stodołą na później. Nietoperze szybowały nisko chwytając komary, a szalone ćmy gromadnie tańczyły wokół żarówki oświetlającej ganek. Wodą dostało się i mnie. Biały, mokry podkoszulek przykleił się do ciała. Zesztywniałe od zimna brodawki przebijały spod materiału czekoladowym brązem. Najwyraźniej pobudzeni tym widokiem panowie jednogłośnie okrzyknęli mnie „Miss mokrego podkoszulka 2011”podrzucając do góry i wbijając w ziemię widły wtórowali bym wykonał na nich taniec Go - Go. W radosnym amoku pobiegli po portfele, by dodatkowo zachęcić mnie pięćdziesiątkami… jeden nawet zamachał stówką. Pomyślałem sobie, a co tam raz się żyje i w ciągu niespełna 5 minut zarobiłem 400 zł, obdarowano mnie firmowym zegarkiem, breloczkiem i smyczą. Podczas wyginania się panowie wiwatując i entuzjastycznie krzycząc oblewali mnie wzburzonym szampanem. Jeden śmiałek nabrał ochoty na zlizywanie go ze mnie, ale jego zapał został szybko ostudzony prawym płaskim. Za co otrzymałem bonus od pana K. w postaci miesięcznej karty wstępu na siłownię i saunę. Któryś tam jeszcze poprosił o striptiz, ale dzięki Bogu rozeszło się bez echa, bo wesoła brygada znalazła sobie nową zabawę. Reflektory kilku aut rozświetliły półmrok i ciemne ściany lasu zatopione do połowy w mgle. Pomarańczowe światła kierunków pulsowały hipnotyzująco, zaryczały głośniki i panowie zaczęli bujać się w rytm muzyki. M. chwycił mnie za ramię i wyrwał z rozszalałej gromadki. Nim ruszyliśmy w kierunku jeziora, zamykając furtkę spojrzałem raz jeszcze z przestrachem na podwórko i dom modląc się, by jeszcze tu stał jak wrócę. Spacerując powoli asfaltówką w kierunku jeziora pomyślałem sobie, że znam M. od wielu lat, że jest bardzo mądrym, pełnym ciepła i spokoju człowiekiem, ale tak naprawdę nie wiele wiem o jego życiu.
-Jak tu pięknie i cicho – zagadał M. ściągając na pomoście martensy – zobacz na te gwiazdy odbijające się w czarnej tafli wody, dla takich chwil warto żyć… i ten wiatr śpiewający w koronach drzew i …
- i komary żrące niemiłosiernie po tyłku – przerwałem mu - to są smaczki i uroki.
Zaczęliśmy się śmiać.
Dłuższy czas siedzieliśmy w ciszy delektując się odgłosami lasu okrytego nocą, niepojącymi dźwiękami budzącymi wyobraźnię. Raz po raz z przybrzeżnych trzcin dochodził nas głośny chlupot rzucających się w wodzie drapieżników. M oparty o pomost na łokciach spoglądał w niebo. Na zawsze spokojnej twarzy dostrzegłem jakieś napięcie buzujące potrzebą wyrzucenia z siebie kłębiących emocji i wewnętrzną walkę o przełamanie. Postanowiłem mu pomóc i spytałem - co go trapi ? - podając kolejne piwo. Rozmowa była długa, poważna i bardzo osobista. Wiele zostało powiedziane… może nawet za wiele, ale dzięki temu sporo spraw zostało wyjaśnionych i nabrało sensu. Nie zauważyliśmy nawet kiedy zaświtało. Zbierając się w drogę powrotną raz jeszcze spojrzałem na M., wiedząc, że nigdy już między nami nie będzie tak jak kiedyś. Gdy dotarliśmy pod dom oniemiałem. Podwórko wyglądało tak jakby przeczesał je huragan.
Chłopcy Ci, co jeszcze byli w stanie ustać na nogach wyciągnęli swoje strażackie wężyki i poczęli gasić dzielnie żarzące się jeszcze ostatki w palenisku, pogwizdując radośnie. Jeden to nawet w ferworze akcji obsikał nogawkę drugiego, na co tamten odpowiedział i zaczęło się lanie na wszystko i po wszystkim. Kiedy już towarzystwo zostało ulokowane w każdym nadającym się do spania kącie cichutko na paluszkach przemknąłem schodami na piętro do swojego łóżka . Nim zdążyłem przysnąć obudził mnie zachrypiały głos drwala błagający o mocną kawę i jajecznicę z kurkami. A wszystko to jednak pikuś w porównaniu do kolejnych dni, ale o tym może kiedy indziej, bo troszkę jakby się rozpisałem, a poza tym piętro niżej w kuchni oczekuje na mnie przybyła przed chwilką Czarna Lola i mały F.J.
Cdn.
poniedziałek, 8 sierpnia 2011
Czarna Lola w Bezdusza progach...
Czasami poznając nowych ludzi (choć zdarza się to raz na jakiś czas i niekoniecznie) odczuwamy głęboko pod sercem, że już gdzieś, kiedyś się znaliśmy. Spoglądając w oczy dostrzegamy w ich topieli nienazwaną, magiczną więź. Znaki czasu powiewające na pajęczynie przeplatających się ze sobą przeszłości i teraźniejszości. Znaki te, które zapisujemy dalej pierwszym uśmiechem, dotykiem, emocją, trącają delikatnie w rozedrgane struny duszy. Tak właśnie zagrało we mnie, gdy zawitała pod Bezdusza niebem Czarna Lola (zwyciężczyni mojego "zwariowanego" Candy). Spłynęły zeń wszelkie wcześniejsze obawy i niepokoje. Wraz z nią przybył mały F.J. Dom, który od wielu, wielu lat nie słyszał śmiechu dziecka jakby odżył, ożywiło się też moje serce i wspomnienia, że mały człowiek to radość, nieokiełznana energia i burza nastrojów. Cztery dni minęły jak krótka chwila… i choć nie udało nam się pokazać gościom tego co chcieliśmy, bo wszystko wysupłało się z więzów zaplanowania i pognało w pola, bagna i lasy. Było wspaniale… może właśnie dlatego, a może to zasługa podobieństwa dusz, podobnej wrażliwości. Wspaniale tak być przy drugim człowieku, niczego nie musieć, niczego nie ukrywać. Być po prostu sobą, a co najważniejsze- czuć się w jego towarzystwie dobrze. Nie ukrywam, że te dni wpisały się w listę najpiękniejszych wspomnień. Gdy wczorajszym późnym wieczorem granatowe Subaru niknęło w mgle zasmuciło się serce, zwilgotniały zielenie mych oczu, głos ugrzęzł w krtani… Ciemne, deszczowe chmury zalały gwiazdy…
Postanowiłem też wynurzyć się nieco z mroku i zaszastać swoim szkodliwym wizerunkiem ;)
| Plejada Gwiazd od lewej: Ja, Czarna Lola, Sydonia i F.J poniżej psina Halina |
| Czarna i ja podczas obserwacji obiektu zainteresowań |
| a także bardzo żywej wymiany zdań w temacie: "ile sztuki jest w sztuce?". |
| oraz wymiany żelka |
| F.J i Sydcia przy celowniku |
| Pijana szczęściem Sydonia |
Wszelaką pikanterię pozostawiam dla siebie ;P
Ps. Gocha... "tylko nam Ciebie było brak...
było brak...
o tak kochana - strasznie brak" ;*
Z tego wszystkiego zapomniałem od czego zacząć chciałem. Ano zostałem obdarowany cudnościami w postaci dwóch przeuroczych misiów. Niestety przedstawiam tylko jednego, udzieranego przez Czarną misia Melchiora:
i fakturowanym, akrylowym obrazem namalowanym podczas pobytu. Pędzla młodego, świetnie zapowiadającego się artysty F.J. pt. "Magia Serc".
wtorek, 21 czerwca 2011
Passion...
Dziś, a właściwie wczoraj, kiedy wraz z Sydonią odwoziliśmy goszczącą u nas przez kilka dni Czekoladę z Gruszkami zrobiło mi się żal, że te przepełnione śmiechem dni i przegadane noce tak szybko minęły.
-Niesamowite, że my ludzie krążymy wokół siebie jak planety przyciągając się i odpychając, nie wiedząc, nie umiejąc nazwać dlaczego? - pomyślałem machając na pożegnanie. Ten krótki czas połączył nas nićmi sympatii… nie przyjaźń to jeszcze, a tęsknota w sercu gniazdo już uwiła i uśmiech radosny na chwil wspomnienie twarz zdobi. A pomyśleć tylko, że gdyby nie pewien splot zdarzeń nigdy byśmy się nie poznali, nie mieli byśmy o sobie pojęcia…
-Niesamowite, że my ludzie krążymy wokół siebie jak planety przyciągając się i odpychając, nie wiedząc, nie umiejąc nazwać dlaczego? - pomyślałem machając na pożegnanie. Ten krótki czas połączył nas nićmi sympatii… nie przyjaźń to jeszcze, a tęsknota w sercu gniazdo już uwiła i uśmiech radosny na chwil wspomnienie twarz zdobi. A pomyśleć tylko, że gdyby nie pewien splot zdarzeń nigdy byśmy się nie poznali, nie mieli byśmy o sobie pojęcia…
Ale powracając do minionych dni, pomijając fakt, że z powodu trwających na poligonach ćwiczeń zmuszeni byliśmy zaniechać wielu spacerów, buszowań w kniejach i tuptań bosą stópką po miękkim mchu porosłym stare lasy i brzegi trzęsawisk… pomimo paskudnej pogody my nie traciliśmy ducha i smutek omijał nas wielkim łukiem. Objadając się i opijając kolejną kawą, herbatą czy też imbirem parzonym z miętą, cytryną i miodem biegaliśmy między jedną ulewą a drugą do chylącej się ku upadkowi drewnianej sławojki. Czas upływał nam na słodkim nicnierobieniu i czynił to w zastraszającym tempie. Niestety harce w stogu siana, nagie tańce podczas pełni i pykanie fajki pokoju zmuszeni byliśmy przełożyć na dalszy czas, ale za to mogliśmy ponazachwycać się całkowitym zaćmieniem księżyca ( nuuuda), strugami płynącego deszczu ( jeszcze większa nuda), porannymi odgłosami wystrzałów (fuck) i codzienną walką ze zmasowanym atakiem kleszczy ( jeszcze większy fuck).
Poniżej pozwolę sobie zaprezentować prace wystawiane w „Galerii Pasja” i robię to dla mojego ulubionego Wieśniackiego Artychy hdsa , aby liznął prawdziwej sztuki wielkiego miasta, a także miał skąd czerpać inspirację, wzorce, i natchnienie do dalszych swoich twórczych działań. Jednocześnie mamy cichutką nadzieję, że uda mu się dojrzeć i dobrnąć do takiego poziomu jaki jest prezentowany w powyższej galerii;) Oczywiście nie ukrywam, że czułbym się wyróżniony i przepełniony szczęściem, gdybym przy nadarzającej się okazji został obdarowany takowym Strusiem Jurusiem, czy też Kłosowłosą Venus z Recza. Hadeesea oczywiście pozdrawiam ciepło ;-D... Nie piszę już nic więcej, niech przemówi Pasja…
środa, 8 czerwca 2011
Zapiski z wyjazdu cd.
Jaworze 30.05.2011.
Po wielu zimnych, wietrznych i deszczowych dniach w końcu nadszedł ten długo wyczekiwany słoneczny, ciepły ranek. Wokół domu wysprzątane, grządki obsadzone, drewno porąbane i poukładane pod gankiem. Dzień wolny. W powietrzu unosi się zapach skoszonej trawy… i to bezustanne bzykanie owadów i ptasie trele. Gorąca kawa smakuje jak nigdy, aż ma się ochotę zaparzyć jeszcze jedną i kolejną. I wszystko prawie doskonałe. Prawie, bo dookoła domu porozbijane wojsko, wystrzelone ku niebu ogromne anteny i ciągłe, wbijające się w mózg buczenie agregatów prądotwórczych. Drogą obok domu, co rusz przejeżdżają wojskowe gaziki, stary, amfibie i inny ciężki sprzęt. Teren bezustannie patrolują wozy żandarmerii wojskowej. Ciężko wyrwać się z domu i przemknąć niezauważonym na spacer do lasu, tam ćwiczenia, strzelanie i duże prawdopodobieństwo narobienia sobie niepotrzebnych problemów, ale udało nam się z Sydonią mając przy tym nieziemski ubaw i satysfakcję przedrzeć niezauważonym obok patroli i czmychnąć w stary las, by nazbierać świeżych pędów sosny na syrop, który w okresie grupy i przeziębień jest niezastąpiony, no i oczywiście, co najważniejsze, nacieszyć się chwilą sam na sam z przyrodą. Zacukrzone, aromatyczne pędy, puszczają już powoli soki w ogromnym słoju… ja tymczasem ja uciekam na kocyk, by zanurzyć się w kąpieli słonecznej i beztroskim lenistwie, a potem czekają mnie niemal orgazmiczne doznania przepływające poprzez podniebienie, a powodowane bukietami zmysłowych smaków kuchni szalonej Czarownicy Sydonii. Jak ćwierkały mi ptaki i popiskiwały nornice dziś na obiad pierożki tortellini z mięskiem i jajko na twardo nurzane w jasnym sosie z pokrzywy, aromatyzowanym czosnkiem, imbirem i szczyptą gałki muszkatołowej.
A potem, aż do wieczora idąc za przykładem wojaków, słodki odpoczynek po ucztowaniu.
czwartek, 19 maja 2011
Nadciąga burza...
Jaworze 15.05.2011
Nadciąga burza. Ciemnogranatowe, spienione niczym wzburzone morze chmury przepływają za oknem. Wiatr targa zielonymi czuprynami drzew, wygina je ku ziemi. Wyje w każdej szczelinie spękanych ścian. Ciężkie krople deszczu bębnią głucho o dach jak grudki ziemi o wieko trumny. Ściekają cienką strużką spomiędzy brakujących dachówek na strych, a następnie kapią z przegniłych desek na korytarz tworząc dużą kałużę. Stoję w niej po kostki. Jasne światło błyskawic rozświetla raz po raz półmrok panujący na piętrze ukazując przegniłe stropy – szkielet domu – i toczące go choroby. Utożsamiam się z nim… ciało me kruszy się, z każdym dniem mocniej rozpada się ta twierdza, to schronienie duszy. Czas płynie nieubłagany, pozostawiając w nas smutne skutki tego upływu. Stoję w tej zimnej kałuży na tym cmentarzysku, śmietniku życia… wypchanego po brzegi przedmiotami zbieranymi latami przez pokolenia. Pożółkłymi listami przewiązanymi na krzyż czerwoną tasiemką. Listami napuchniętymi od umarłych słów, spoczywających w szufladzie obok okazyjnych kartek pocztowych z wytartymi brzegami i wyblakłymi znaczkami. Stertami nie wyrzuconych gazet, książek walających się na strychu między dziesiątkami niepotrzebnych gratów. Wypchanymi po brzegi ciuchami szaf, szarych i ciężkich od kurzu, spomiędzy których niczym widmo straszy pajęczynami koronek pożółkła suknia niegdysiejszej panny młodej. Albumów ze zdjęciami, z których uśmiechają się do nas twarze zmarłych. W starych, mętnych lustrach tańczą widma przeszłości … a nade mną zawieszone w próżni wirują planety nieczułe na przemijanie, co wszystkiemu kładzie kres. Nieczułe na smutek, który tkwi we mnie drążąc duszę jak korniki stare drzewo.
| Więcej można zobaczyć tu , a poczytać tu |
Subskrybuj:
Posty (Atom)
