poniedziałek, 29 listopada 2010

W tramwaju...

     

      Wieczorem miałem napisać ciąg dalszy „Strachów”, ale niestety dzisiejsze „traumatyczne przeżycia” skłoniły mnie do zmiany planów. Po raz pierwszy od dziesięciu lat sytuacja zmusiła mnie do skorzystania z dobrodziejstwa szczecińskiego grodu, jakim jest niewątpliwie komunikacja miejska. I tak czekam na przystanku, przestępując z nogi na nogę. Zimno jak cholera, facet z jednego boku dmucha mi dymem w twarz a z drugiego starsza pani co chwilka puka ciężkimi reklamówkami po łydkach. Jestem zmęczony, zziębnięty i poirytowany. Ku mojej pociesze dostrzegam zbliżający się pojazd. Na przystanku zaczyna się nerwowa przepychanka, przydeptywanie, szturchanie łokciami…i bieg szczurów, kto pierwszy… A ja wciąż stoję tam, gdzie stałem. Tramwaj zatrzymuje się z łoskotem, drzwi rozsuwają się strasząc okropnym ludzkim ściskiem wewnątrz. Zastanawiam się, czy nie poczekać na następny, ale wiem, że będzie gorzej, ba za chwilkę godziny szczytu. Ruszam, wciskam się w tłum. Gdy jestem nogą na pierwszym stopniu ktoś napiera na mnie nerwowo. Zaciskam szczęki by nie wybuchnąć. Przepraszając co chwilka próbuję się przedostać głębiej. O skasowaniu biletu nie ma mowy, to niewykonalne, poza tym chyba tylko kontroler samobójca odważyłby się na obchód.. Po totalnie wyczerpującym przeciskaniu się przez żywy mur wydajający z siebie okrutną mieszaninę zapachów, znajduję w końcu miłe miejsce. Pojazd rusza. Chwytam się poręczy. Spoglądam na kolorowe witryny sklepów , zdobne bramy i ludzi na chodnikach. Zatapiam się w myślach. Próbuję znaleźć jakieś sensowne rozwiązanie dla zbliżających się świątecznych problemów. Z rozmyślań wyrywa nie nagły napór przyciskającego się do mnie od tyłu faceta. Nie byłoby w tym nic dziwnego, tramwaj napchany po brzegi że ręką nie ruszysz, gdyby nie przylgnięta do mego lewego pośladka twardość krocza tegoż pana. Przez myśl mi przeleciało, że to paradoksalne i pewnikiem się mylę. Szybko jednak docierają do mnie realia , gdy nabrzmiała, pulsująca męskość zaczyna wykonywać delikatne ruchy posuwisto-zwrotne. Czuję jak wstyd rozkwita mi płonącymi rumieńcami na policzkach, jak wściekłość odbiera mowę…czuję jak narasta we mnie złość. Nie chciałem jednak robić z tego afery, cała ta sytuacja była dla mnie dość już upokarzająca. Postanowiłem udać, że nic się nie dzieje jednocześnie gwałtownie wyrzucając biodra w przód, by uniemożliwić typowi zabawianie się moim kosztem. Nim pojąłem, że jednak wygiąłem się za bardzo, moje krocze zatrzymało się na ramieniu siedzącej przede mną starszej pani, która natychmiast spojrzała na mnie z wyraźnym niesmakiem otwierając uszminkowane strażacką czerwienią wargi, w gotowości do podniesienia głośnego alarmu. Przepraszając i tłumacząc się wróciłem do pozycji wcześniejszej. Kobieta pokiwała z politowaniem głową i zatopiła wzrok w szybie. Typ za mną przyjął powrót moich pośladków z wyraźnym zadowoleniem i począł z entuzjazmem kontynuować tarło. Ja pierdole - pomyślałem sobie – dlaczego to zawsze mi przytrafiają się absurdalne sytuacje? Całe moje życie to jeden wielki absurd. Facet skwapliwie „bodzie” mnie w półdupek dysząc do ucha, a staruszka obserwuje bacznie kątem oka, czy aby nie naruszę jej strefy choćby o milimetr. Powoli ogarnia mnie głupawa. Czuję się tak, jak bym grał główną rolę w czarnej komedii.. Pasuję, i chcąc załatwić sprawę po cichu, bez świadków, wysuwam do tyłu rękę, chwytam gwałtownie na oślep i zaciskam wściekle. Czuję jak „ocieracz” cały pręży się…sztywnieje. Zaciskam mocniej…ani piśnie. Spoglądam na odbicie w szybie, na jego twarzy maluje się zdziwienie pomieszane z cierpieniem. Z jadowitym uśmieszkiem zaciskam palce aż do bólu. Typ blednie, drży i próbuje się oswobodzić. Odbicie patrzy przepraszająco i błagalnie w moje oczy. Uwalniam z uścisku jego klejnoty i z niesmakiem przecieram dłoń w nogawkę spodni. Raz jeszcze spojrzałem na jego twarz w szybie i… zrobiło mi się go szkoda ( jakoś tak mam, że zawsze próbuję zrozumieć, tłumaczyć innych). Nie wiem co nim powodowało, samotność, nagła potrzeba chwili, czy też jakieś skłonności. Nie miałem ochoty zatapiać się w rozmyślaniach, które i tak do niczego mnie nie zawiodą. Przed kolejnym przystankiem…usłyszałem – przepraszam…i zobaczyłem jak znika za tramwajowymi drzwiami. Harda staruszka, aż do końcowego łypała na mnie podejrzliwie.

Wieczorem, przy maślanych ciasteczkach i irish koffee opowiadam przyjaciółce o tramwajowej przygodzie. Uważnie słucha potakując głową, a gdy kończę pyta:
- a jaki to był numer linii?, bo ja chętnie…

Cóż dodać?...


9 komentarzy:

  1. Zdarzyło mi się sporo razy być w podobnej sytuacji i nie sprawiało mi to przyjemności. Raczej czułam niesmak, ale każdego delikwenta traktowałam tak samo - butami po stopach...
    Przyznam, że ja nie rozumiem takiego zachowania. Nie każdy ma ochotę być napastowany, a jeśli już, to zapewne wielu ludzi wolałoby sobie sami wybrać napastującego ;)
    Ścisk w komunikacji jest powszechny, niestety, ale zimą to chociaż nie muszę się martwić, gdzie nos wetknąć, żeby nie czuć różnych woni, które najbardziej czuć latem...

    Pozdrawiam i życzę spokojnej nocy :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Stosunki międzyludzkie w komunikacji miejskiej. Brzmi groźnie i zapewne jest takie. Nie jeżdżę tramwajami ani autobusami, odór odurza, ludzie cisną i wszystko uwydatnia tylko ludzką samotność. A i półgodzinny spacer dwa razy w ciągu dnia jest dobrym czasem na przemyślenie tego, na co później nie mam czasu.

    OdpowiedzUsuń
  3. A ja czasami lubię jeździć tramwajami i autobusami, (choć niekoniecznie latem), bo czuję się tak, jakbym znalazła się na innej, obcej planecie...:-) Czekoladko, Ty butami po stopach, N. pełną garścią, a ja wzrokiem walczę z "ocieraczami", tj. odwracam się gwałtownie zakładając na lica minę typu: "Ty nędzny robalu"... i miażdżąc shizofrenicznym spojrzeniem- skuteczność stuprocentowa dająca gwarancję natychmiastowego odwrotu napastnika:-) Kiedyś nawet udało mi się przerazić tym wzrokiem kontrolera biletów... miała być etiuda aktorska, a przypadkowo znalazłam w sobie taką nietypową oręż:-) Ale używam ino w skrajnych przypadkach:-)))
    No tak, postuluję za napastowaniem, ale tylko za obopólnym przyzwoleniem;)

    OdpowiedzUsuń
  4. To wstrętne co Cię spotkało. Podziwiam, Twoją empatię( było Ci go szkoda). Ciekawe ilu ludzi specjalnie kożysta z komunikacji miejskiej by choć na moment nie czuć się samotymi ? Chyba wielu ? Rozumiem ich nawet...Ale takie sytuacje wzbudzają we mnie wstręt...Też tego doświadczyłam kiedyś...

    OdpowiedzUsuń
  5. łojezusmaria!
    ja bym chyba skomentowała to w odpowiednio absurdalny sposób (a może mi się tylko wydaje..)

    OdpowiedzUsuń
  6. Dziękuję wszystkim za odwiedziny:-). dziś na tramwajową przygodę patrzę poprzez pryzmat dnia dzisiejszego, czyli spokojnie, z dystansem i domieszką humoru. Ważne, żeby nie dać się zwariować. A i w tym wszystkim jest jedna pocieszająca myśl, że jest jeszcze na tym świecie ktoś, kto na mnie poleciał ;-)))

    Czekoladko, o deptaniu po stopach nie pomyślałem:-)…ale zapewne podświadomie wybrałem tą bardziej bolesną opcję. Na przyszłość, choć mam nadzieję, że nic takiego mnie więcej nie spotka będę:
    1- walił buciorem po stopach,
    2- ściskał klejnoty
    3- i mierzył psychopatycznym wzrokiem jak Sydonia
    …a może i jeszcze gryźć będę na oślep ;P

    Pozdrawiam cieplutko :-)))

    Inko, nie ma co, stosunki między ludzkie bywają skomplikowane. Ja od lat nie korzystałem z komunikacji miejskiej. Zawsze załatwiam wszystkie sprawy przemierzając miasto pieszo, czasem samochodem… Natomiast uwielbiam jeździć pociągami, ale na krótkich trasach :-)

    Pozdrawiam :-)

    Sydoniu, Ty bazyliszku :P. Zacznę od jutra nosić w torbie lusterko :P. Buziaki.

    LOVE, mi nie było do śmiechu…staruszce też nie :-)))

    Pozdrawiam serdecznie:-)))

    madmargot, jakiś tam swój powód zapewne miał, ale nie zdążyłem go zapytać, na kawę i ciastko z kremem nie zaprosił, więc nie było okazji do rozmowy :P…ale przeprosił:-), choć tyle. Wiesz, ja taki już jestem, że analizuję wszystko co się dokoła mnie dzieje, próbuję zrozumieć, poznać i zbadać…

    Pozdrawiam :-)))

    kijwmrowisku :-)… świetna zbitka słowna:-)

    pozdrawiam cieplutko:-)

    OdpowiedzUsuń
  7. Norbercie, może dlatego że, jak sądzę, nie zwykłeś szpilek nosić ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Czekoladko, no nie zwykłem chodzić na obcasach
    :-...pozdrawiam serdecznie :-)

    OdpowiedzUsuń