piątek, 8 października 2010

Krótki post


      Na podstawie starego obrazka świętego, znalezionego na dnie szuflady.



Praca powstała w spartańskich warunkach, podczas pobytu w Jaworzu. Oczywiście jak zawsze żelopis, papier elfenbens i trochę czasu :-) 


.


wtorek, 5 października 2010

Zapiski z wyjazdu cd...


      Bezdusze 24.09.2010

      Na stole stygnie kawa… porcelanowa filiżanka brzęczy o spodek wprawiona w ruch drżeniem domu, który dygocze jak liść osiki przy każdym przejeździe ciężkiego sprzętu wojskowego. Zza okna dobiegają głośne huki wystrzałów artyleryjskich i serie wybijane z karabinów maszynowych. Odnosi się wrażenie, że obok trwa wojna. Nadszedł czas ćwiczeń. Poligon drawski odżył. Wszystkie drogi są nieprzejezdne. Obok domu z nor uciekają głęboko w las zdezorientowane lisy. Milkną ptaki. Pies z niepokojem nasłuchuje, miota się, szuka w pokoju bezpiecznego miejsca. Po raz kolejny bezskutecznie próbuję dodzwonić się do matki, totalny brak zasięgu. Pewnie znowu zakłócają fale. Przypomniała mi się pierwsza selekcja, to było jakieś 10 lat temu. Leżeliśmy z Monią na pomoście, na jeziorze Trzebuń mały. Rozebrani do naga rozkoszowaliśmy się promieniami słońca. Wsłuchany w śpiew ptaków, szum tataraku i trzcin przysypiałem. Zacząłem śnić, gdy nagle zza drzew wyłonił się śmigłowiec. Gwałcąc błogosławioną ciszę nieznośnym rykiem skierował się w stronę jeziora, poczym zawisł nad środkiem tafli. Boczne drzwi rozsunęły się i z wnętrza maszyny poczęli wysypywać się młodzi mężczyźni. Podnosząc się spostrzegłem nadjeżdżający w stronę pomostów samochód TV i kilka wojskowych gazików. Spojrzałem na Monikę równie zszokowaną jak ja, próbującą niezdarnie, czym bądź zasłonić swój piękny, obfity biust. Powiew idący od śmigieł targał naszymi czuprynami, wzbił w powietrze bieliznę. Na brzegu panowie z kamerami kręcili akcję na jeziorze. Podczas gdy my w potoku przekleństw i klątw przyciskaliśmy do piersi rzeczy, które udało nam się pochwycić w tym szalonym porywie wiatru. W końcu maszyna odleciała. Chłopcy w wodzie płynęli w szalonym tempie ku torowi przeszkód dla płetwonurków znajdującym się między pomostami. Niekompletnie poubierani próbowaliśmy ogarnąć oszalałe burze włosów (w tamtych czasach miałem długie, kładące się lokami za ramiona). Kiedy już wyglądaliśmy w miarę poprawnie, dostrzegliśmy, że jeden z kamerzystów z uśmiechem na twarzy kręci nas. Rozdrażnieni ruszyliśmy w kierunku domu, pozwalając sobie na uszczypliwy komentarz podczas mijania ekipy TV i żołnierzy. Wieczorem spoglądając z ganka na przyozdobione gwiazdami niebo, zaśmiewaliśmy się w głos z paradoksalności całej tej sytuacji. My dzieci wielkiego miasta, w którym może wydarzyć się wszystko, w którym w każdym momencie możesz być zaskoczonym przez telewizję czy radio, zostaliśmy przyłapani w dzikiej głuszy z dala od ludzi i zgiełku świata… w miejscu, w którym nikt by się tego nie spodziewał.

Innym znów razem, podczas kolejnych wakacji, wstałem wczesnym rankiem i wyszedłem z domu by nabrać wodę ze studni. Zaspany, odziany jedynie w szorty i podkoszulek wciągałem wiaderko do góry. W pewnym momencie poczułem na głowie trzy zimne lufy i usłyszałem dźwięk odbezpieczanej broni. Przerażony, odwróciłem się powoli. Przede mną stało czterech żołnierzy, z czego trzech nadal celowało mi w twarz. Najwyższy z nich ciemnowłosy, z lekko skośnymi oczyma zapytał mnie po angielsku, – co tu robię? I oznajmił, że jestem aresztowany. Spojrzałem na niego jak na idiotę, po czym starając się zachować spokój wyjaśniłem mu łamaną angielszczyzną, że wkroczyli na teren prywatny i żądam natychmiastowego spotkania się z ich dowódcom. Zdziwieni, wymienili spojrzenia, rozłożyli mapę, poszeptali między sobą i pobledli. Po czym ten wysoki, skośnooki uśmiechnął się do mnie przepraszająco i wyjaśnił, iż pomyliły mu się budynki ćwiczebne. Tego samego dnia po południu wybraliśmy się z Monią nad jezioro. Po cudownej kąpieli w czystej, chłodnej wodzie postanowiliśmy pójść na skróty przez zagajnik starych lukrecji. Gdy już wychodziliśmy prawą nogą zahaczyłem o zielony drucik. W tym samym monecie ogłuszyła nas seria wystrzałów i nieznośnych świstów. Niebo zabarwiło się na czerwono sypiąc deszczem żółtych iskier. Minęła długa chwila nim doszliśmy do siebie i zrozumieliśmy, że narozrabiało się. Uciekać nie było sensu. Od strony Prostyni mknęły ku nam dwa wojskowe gaziki i jeden żandarmerii. Z drugiej strony słychać było sygnał straży pożarnej i widać biegnącego w naszą stronę mundurowego. Był to pułkownik S. Samochody zajechały nam drogę. Wyskoczyli żandarmi, żołnierze i strażacy. Wpadliśmy pod ogień pytań; co? Jak? Dlaczego? Skąd? Zostaliśmy pouczeni o odpowiedzialności, którą poniesiemy. Staliśmy przytakując głowami, wbijaliśmy wzrok w ziemię, załamując palce ze skruchy. Spojrzeliśmy błagalnie na pułkownika, który nas znał. Ten kręcąc głową załagodził sytuację i oznajmił zebranym, że poniesiemy konsekwencje. Samochody odjechały. Zostaliśmy sam na sam z pułkownikiem, który idąc za nami, nie szczędząc niecenzuralnych słów oznajmił, – że zarajcuje nasz dom do dokoła i rozstrzela jak tylko jedna z nich zabłyśnie na niebie. Rac nie rozstawił, ale bacznie obserwował nasze poczynania, aż do samego wyjazdu. Wiele mieliśmy z Monią Jaworskich przygód. Wiele niesamowitych i niewyjaśnionych wydarzeń, o których być może napiszę, kiedy indziej. Tymczasem rozbawiony wspomnieniami spoglądam na pustą filiżankę kawy i jej wyszczerbiony brzeg.



       Bezdusze 27.09.2010 

       Podstępny Alejandro i nieustraszona Halina…

      O świcie Alejandro Maurycy Ernesto ociera się o mnie… przeciąga… żebrze o dotyk błagalnym miałczeniem. Mruży bursztynowe ślepia. Mruczy z wyraźnym zadowoleniem, gdy zatapiam palce w miękkiej sierści i gładzę pod włos. Rozpływa się w pieszczocie i zapomnieniu, ale od czasu do czasu zerka w pustą miseczkę z nadzieją, że znajdzie dam pyszny kąsek. Obok przysiadła Halinka zjeżona lekko na grzbiecie i przy ogonie. Bacznie obserwuje poczynania kota. Jako pani tych włości zachowuje się nad wyraz grzecznie. Nie goni, nie gryzie, choć widać napięcie w każdym mięśniu, błysk w oku. Siedzi i patrzy. Niecierpliwie wyczekuje najmniejszego powodu by doskoczyć do kocura. Pogonić. Alejandro udaje, że nic sobie z suni nie robi. Zadziera tylną łapkę do góry… prostuje rozczapierzając pazury… zgina się w pół i szorstkim, różowym językiem dokonuje porannej higieny osobistej. Zniesmaczona tym widokiem Halinka podnosi się i powoli zmierza w kierunku domu. Gdy przednimi łapkami przekracza próg podstępny Alejandro cichaczem podbiega do psa i atakuje wbijając pazury w zadek. Rozwścieczona Halina wykonuje salto w powietrzu. Z wyszczerzonymi zębami i wytrzeszczonymi niemal do bólu ślepiami rusza w pogoń za kotem. Napuszona, sycząca kula pędzi przez trawę w kierunku drzewa. Za nią spieniona biała strzała. Tuż pod śliwą kocur unosi się w górę, wczepia pazurami w korę, spogląda za siebie oceniając szybko sytuację i chyca po pniu na duży, bezpieczny konar. Zdziwiony zerka jak sunia wspina się po pochyłym pniu i zbliża niebezpieczne. Nastroszony, zgięty w łuk mruczy ostrzegawczo, po czym parska wyciągając przed siebie uzbrojoną w ostre pazury łapkę. Halina mruży ślepia i nieustraszona podchodzi bliżej i bliżej. Alejandro nie daje za wygraną siada na zadku i atakuje w amoku dwiema łapkami. Uparta sunia jest na tyle blisko by chapnąć agresora. Jak w zwolnionym tempie widzę dwa rzędy ostrych kłów sunących w kierunku kociego łba, i kocie pazury wbijające się w psi pyszczek. Skowyt przecina powietrze jak świst bata. Pies spada z drzewa łapiąc kocura za ogon. Lecą w dół spadając na miękką kupkę skoszonej trawy. Walczą i nagle cisza. Pies podnosi się… z poharatanego pyska kapie krew. Zmierza powoli w kierunku ganka. Za nim kot z trawą wplątaną w sierść. Wchodzą po schodach, siadają naprzeciw siebie przy ławce. Obwąchują, trącają nosami i kładą obok zasypiając, otulone ciepłymi promieniami słońca. Na krótki czas żyją w zgodzie, ale jutro, gdy wstanie świt znów zaczną dzień jak kot z psem i tak od nowa… bez końca.





Halinka


Alejandro


Razem na spacerze w lesie...






      Bezdusze 02.10.2010 



      Czas pożegnań…



      Nadszedł czas wyjazdu… powrotu do zgiełku miasta, pracy, ludzi. Te kilka tygodni minęły jak krótka chwila… jak w mgnieniu oka. Pożółkłe brzozy targane wiatrem płaczą deszczem liści. Bagna przybrały barwy kawy z mlekiem, brązu i rdzy. Na łące cieszą jeszcze oczy; srebrny piołun, czerwone pędy jerzyn, żółte kwiaty wrotyczu, dziurawca, kwitnący dziki tymianek i wrzosowe fiolety. Z wysokich traw wyzierają gdzieniegdzie białe kapelusze pysznych kani. Nad domem przelatują klucze hałaśliwych gęsi. Na rykowiskach powoli zapada cisza. Milkną świerszcze. Tak bardzo nie chcę wyjeżdżać… opuszczać Jaworza… kocham to miejsce… tu chciałbym się zakorzenić… oddać serce tym lasom, jeziorom, krople potu ziemi, tu też chciałby w spokoju i szczęściu położyć się na marach. Niewypowiedziany smutek rozsadza mi piersi, gdy pomyślę, że być może więcej tu nie wrócę. Łza ciśnie się na rzęsę… tyle pięknych, magicznych wakacji… niezapomnianych chwil… niewypowiedzianych zachwytów. Z rozrzewnieniem gładzę dłonią poobdzierane ściany, chropowaty blat starego stołu, rozsiadam się na łóżku rozkoszując trzeszczeniem wyrobionych sprężyn. Wszystko tu wiekowe, przesiąknięte duchem czasu, zapachem minionych lat. Nasiąknięte emocjami. Przesiąknięte mną, Moniką, tymi, co odeszli i pomarli. Na czas zimy dom zasypia, okryty pierzyną puszystego śniegu. Budzi się wiosną, gdy przyjeżdżamy, przekręcamy klucz w drzwiach i rozpalamy ogień pod kuchnią. Mruczy ziewając przez otwarte drzwi. Jęczy zdrętwiałymi deskami przeciągając się. Gdy już drwa trzaskają pieszczone płomieniami, rozgrzewa się serce chałupy… zaczyna bić powoli, miarowo. Dziś atmosfera w domu jest smutna… powoli pakujemy się...na początku wielkie słoje suszonych grzybów- w tym roku samych prawdziwków i kozaków z przewagą czerwonych. Następnie suszone kanie. Przepis jest prosty: moczymy suszoną kanię w mleku przez 20 – 30 minut, następnie obtaczamy w jajku, tartej bułce i na patelnię. Mi osobiście smakują lepej niż świeże, są bardziej aromatyczne i intensywniejsze w smaku. W zamrażalce leżą gotowe do transportu mrożone rydze i kurki… muszę przyznać, że tym roku bezwstydnie objadłem się kurkami; w sosach, w zupie, z jajkami i smażonymi na maśle, z cebulką… rydzów też był wyjątkowy wysyp… te lasy zawsze nas rozpieszczają… to raj dla zagorzałych grzybiarzy. Następnie słoiki z sokiem z czarnego bzu, suszone zioła. Kartony szyszek, wysuszonego mchu, hub i gałązek pokrytych porostem islandzkim. Dopijam wino, sprzątam, zgarniam szmatką kurz i smucę się. Niebo płacze, dziesiątki łez rozbijają się o szybę… w szczelinach okien szumi wiatr… mi szumi w głowie. Chyba się położę… ukryję po ciepłym kocem… prześpię… prześnię to rzewne popołudnie. Może wieczorem powrócą lepsze nastroje.




                                                                Stare Jezioro










Troszkę leśnych cudów






     Poniżej sromotnik bezwstydny zwany również 
      smardzem cuchnącym, śmierdziakiem...






                            I imponujący swoimi rozmiarami Szmaciak gałęzisty...




I sotatni zebrany przed wyjazdem koszyk czerwonych kozaków mieszanych z brązowymi :-)




                            a jeszcze na pocieszenie kilkanaście rydzów i kosz kurek :-)








poniedziałek, 4 października 2010

Zapiski z wyjazdu...

       Bezdusze 17.09.2010

       Bezdusze. Stare, poczciwe Bezdusze. Wciąż mnie zaskakuje... zadziwia, choć znam je od wielu lat. Co krok odkrywa przede mną swoje tajemnice… sekretne miejsca...kilkanaście lat temu wybraliśmy się z Monią na spacer brzegiem starego jeziora. Ciężka była to wyprawa, gdyż jest dzikie, porośnięte wokół gęstym lasem i bujną przybrzeżną roślinnością. Nie ma tam wydeptanych ścieżek, jedynie te utworzone przez zwierzęta, które podchodzą do wody. Nie sposób opisać piękna tego miejsca… trzeba tu być… zobaczyć… poczuć wszystkimi zmysłami. Mogę jedynie powiedzieć, że niewiele jest tak przejmująco uroczych zakątków. Przedzieraliśmy się przez gęste sitowie. Smugi światła padały spomiędzy konarów starych drzew na ziemię pokrytą dywanem kwitnącego na różowo rdestu i fioletowych kwiatów mięty pieprzowej. Wszystko kołysało się w tańcu z letnim wietrzykiem szumiąc wesoło. Na pozwalanych, zmurszałych pniach wygrzewały się jaszczurki. W krótkich trawach pławiły się w słońcu zaskrońce, padalce i zygzakowate żmije. Szczęśliwi chwilą, wolni od zmartwień szliśmy przed siebie, podjadając po drodze słodkie poziomki. Smaku tych leśnych nigdy się nie zapomina. Zajęci rozmową nie zauważyliśmy, że kierunek naszej drogi się zmienił… dopiero uświadomiło nam to wielkie wzniesienie okryte płaszczem jagodzianek, które wyrosło przed nami. Nigdy wcześniej w tym miejscu nie byliśmy. Zaciekawieni postanowiliśmy zobaczyć, co się za nim kryje. Gdy dotarliśmy na szczyt zatkało mi dech w piersiach… z początku myślałem, że śnię, że zwariowałem. Zerknąłem na Monikę, która stała z wytrzeszczonymi oczyma i rozdziawioną buzią… w dole pomiędzy dwoma wzniesieniami dostrzegliśmy ukryte jezioro i nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, iż zamiast wody był tam mech. Wielkie jezioro soczysto zielonego mchu, z którego wyrastały ogromne, porośnięte nim aż po same korony drzewa. Gdzieniegdzie kwitnący przybierał barwy miedzi, czerwieni i brązu. W spękaniach dostrzec można było ciemną wodę. Dookoła panowała absolutna cisza. Zachwyceni niemal zbiegliśmy w dół. Przy brzegu nogi zatapiały się w mchu niczym w puchowej pierzynie. Długo staliśmy oszołomieni, nie mówiąc nic. Pozwalaliśmy nasycić się głodnym źrenicom tym niewypowiedzianym pięknem, by móc zachwycać się tym widokiem w pamięci po latach. A dziś kolejny raz nas zaskoczyło… poszliśmy nad stary, strumień niedaleko domu, zapomniany przez lata, by nazbierać mchu, hub i szyszek potrzebnych nam do pracy. Znów, tak jak przed laty zboczyliśmy ze znanej nam drogi skuszeni grzybami. W zagłębieniu po prawej coś zamigotało między wysokimi paprociami. Ciekawość, którą oboje mamy w naturze wzięła górę i ruszyliśmy w tamtym kierunku. Nie zwracając nawet uwagi na groźnie ryczącego w pobliżu jelenia. To słoneczne promienie bawiły się grzbietami fal, rozpryskując wokół wesołe świetlne migotki. Ponownie kochane Jaworze odkryło przed nami jeden ze swych klejnotów… niezwykłe jezioro, tym razem mniejsze, pokryte żółknącymi już liśćmi grążeli. Brzegi czyste, porośnięte gdzieniegdzie uroczymi kępkami tataraku i wikliną. Całość okala ciemna ściana starego, sosnowego lasu. A w tym wszystkim płynąca dumnie para łabędzi zdziwiona nieco naszą obecnością. Po za tym cisza, przerwana raz po raz pohukiwaniem sowy. Chłód wieczoru i specyficzna woń unoszącej się z ziemi wilgoci. Wracając znalazłem przy drodze kilka niezwykłych „księżycowych” krzemieni i nad strumykiem pierwszy raz w życiu trzy czarne jak węgiel krzemienne „smutki”. Kamienne, magiczne cuda. Poddane zostaną oczyszczeniu czystą, lodowatą, studzienną wodą, a następnie pozostawione księżycowej kąpieli. 

      Bezdusze 19.09.2010

Oblazły mnie dziś smutki… uczepiły się piersi i włosów jak rzepy. Próbuję strzepać je z siebie… zrzucić. Nic nie pomaga… ani łyk gorącej kawy, ni kostka dobrej, gorzkiej czekolady. Nie pomaga wino. Nie pomaga sen. Wczepiły się mocno, małymi igiełkami wbijają się w skórę… zatruwają krew. Otwieram lodówkę, przemierzam wzrokiem każdą półkę w poszukiwaniu czegoś, co pocieszy, przytuli zmysłem smaku… na drzwiach poukładane równo ćwikła, chrzan, musztarda, dżem, mleko i śmietana. Zatopione w ciepłym świetle uśmiechają się do mnie frykasy. Kuszą zapachem, wabią kolorami. Stoję wpatrzony, niezdecydowany. Otulony chłodem otwieram przymarznięte drzwiczki zamrażarki, gdzieś tam powinny być lody… Nie ma… a przecież były. Nie pamiętam, kiedy się skończyły. Kolejny raz zaglądam do pustego barku z nadzieją, że coś tam znajdę… wyszperam. Zrezygnowany przyklejam się do rozgrzanego pieca, ciepło rozpływa się po plecach. Zrobiło się miło. Zamykam oczy, wciągam głęboko powietrze. Nic mi się nie chce.

       Bezdusze 21.09.2010 
     
       Gdy z bagien nadchodzą mgły…

      Nocą, gdy z bagien nadchodzą gęste mgły, nienazwany lęk zaciska mi krtań. Z niepokojem spoglądam jak powoli sunie… rozlewa się po łące… wdziera w śpiący las. Gdy zbliża się do domu zamykam dobrze drzwi. Nie wychodzę na zewnątrz. Unikam mgły… jej lepkiej wilgoci i chłodu. Jako dziecko bałem się, że gdy wejdę w jej mleczną głębie, zgubię się… zginę. Dziś mniej boję się samej mgły, a bardziej tego, co się w niej kryje. Jak mawiała moja prababka, w jej chłodnych odmętach ukrywają się potępieni… przeklęci… niespokojne byty pragnące pochwycić twą duszę… zawładnąć ciałem… a jeszcze inne kuszą słodkimi słowy… wiodą na zatracenie… i te smutne, niespełnionej miłości ofiary, co sznur ciągają po ziemi lub straszą przeciętymi w nadgarstkach żył korzeniami… snują się w niej też trzęsawisk topielce i duchy niechcianych dzieci, niemowląt porzuconych nocą w ciemnym, zimnym lesie… i tych, co zbłądzeni w kniejach utracili życie… wielu jest mgielnych mieszkańców… nie sposób ich zliczyć.

Kiedyś wracając późną nocą przez mostek, obok którego stał stary młyn, z mgły od strony bagien dobiegł mnie stłumiony głos. Zdziwiony przystanąłem. Ponownie usłyszałem głos. Był ciepły i miły. Biski i daleki za razem. Namawiał bym podszedł bliżej. Dreszcz przebiegł mi po plecach. Coś wewnątrz mówiło, bym nie słuchał i czym prędzej odszedł, co niezwłocznie uczyniłem. Aż do ganka czułem na plecach lodowate, nieprzyjazne spojrzenie. Innym znów razem około trzeciej nad ranem krzyki wyrwały mnie ze snu. Podszedłem do otwartego okna. Z sypialni na piętrze mam widok na bagna i las. Nie dostrzegłem jednak nic, ponieważ mgła była wyjątkowo gęsta. Wróciłem do łóżka. Prawie zasypiałem, gdy od strony mokradeł usłyszałem śmiech dziecka niknący powoli w oddali. Zapaliłem świece ( w tamtym czasie w domu nie było prądu). Z natury nie jestem strachliwy, ale tamtej nocy nie mogłem opanować drżenia. Najbardziej jednak przerażającym doświadczeniem, jakie spotkało mnie na Jaworzu było spotkanie twarzą w twarz. Późnym wieczorem, po godzinnych opowiadaniach śp. babcia Kasia i Monika poszły na piętro. Rozebrałem się, napełniłem miskę ciepłą wodą. Odświeżyłem twarz, szyję, piersi i pachy. Ciepło buchało z uchylonych drzwiczek kuchni. Drzewo trzaskało przyjemnie. Gdy zacząłem myć intymne części ciała poczułem się nieswojo miałem wrażenie, że jestem obserwowany. Pomyślałem, że to głupota, szaleństwo, przecież nikogo tu nie ma. Płukałem się dalej, jednak wciąż nie opuszczało mnie to dziwne uczucie, kiedy ktoś zawzięcie spogląda na ciebie. Podniosłem wzrok i spojrzałem w okno na przeciw. Zamarłem. Na zewnątrz widniała przyciśnięta do szyby twarz. Pociągła, blada, z której wyzierały przerażające oczy. Minęła chwila nim pojąłem, że to duch. Nikt, bowiem nie mógł wspiąć się i zajrzeć do środka… kuchenne okno usadowione jest bardzo wysoko i bez drabiny nie ma szans. Przerażony nie zwracając uwagi na to, że jestem nagi, czym prędzej pobiegłem schodami na górę w połowie drogi usłyszałem jeszcze za sobą straszne walenie i szarpanie w wejściowe drzwi, jakby ktoś chciał je wyrwać. W między czasie na korytarz wybiegła z pokoju Monika pytając - co się stało?. Nie byłem w stanie jej powiedzieć, wydusiłem jedynie, że za drzwiami jest coś złego. Chwyciła mnie za rękę i ruszyliśmy z powrotem na dół. Nie działo się nic. Cisza zupełna, gdy nagle będąc u dołu schodów usłyszeliśmy, że na ganku za drzwiami rozpętało się piekło. Coś tłukło, waliło wściekle w drzwi. Kot syczał niemiłosiernie, jakby ktoś obdzierał go żywcem ze skóry. Monia przerażona uciekła na górę zostawiając mnie samego. Po chwili jednak wróciła, wciągnęła głęboko powietrze i z impetem wyskoczyła na dwór. Niezwlekając wybiegłem za nią. Na zewnątrz nie było nikogo… tylko księżyc, cisza i gęsta mgła.

środa, 15 września 2010

W każdym z nas...

  

   W każdym z nas spoczywa ukryte głęboko w aksamitnych fałdach duszy niepozorne ziarno…czekające spokojnie na odpowiedni moment…magiczną kroplę…by zbudzić się do życia…zakiełkować pierwszym dreszczem…zapuścić w żyły słodki puls korzeni…spowić drżące ciało powojem pragnienia…głodem ust. A kiedy już zawładnie nami…rozrywa piersi by zakwitnąć najpiękniejszym z kwiatów, którego nektar zsyła na nas narkotyczny, piękny sen…

Miłość jest piękna…uskrzydla nas…rozświetla…jest niewymownym cudem… ta odwzajemniona, spełniona, połączeniem dwojga ciał…zrośnięciem dusz…całością zamkniętą pieczęcią ust…Natomiast ta nieodwzajemniona, bytująca w jednym tylko sercu…jest bezkresna udręką…czarną pianą goryczy zalewającą duszę…trucizną sączącą się z warg…szaleństwem przysłaniającym oczy…bezdennym cierpieniem…

Tę drugą, ciemną stronę miłości poznałem dobrze…do niedawna jeszcze czułem zimno bijące z jej czarnych, śliskich macek…Wiele lat upłynęło…nieskończoność samotnych nocy, morze obaw…lęków…niespełnienia…wszystko to odeszło w jednej, krótkiej chwili…magicznym czasie zatrzymanym w pokoju starego domu…zaklętym w tańczącym płomieniu świecy. Spokój tchnął swój oddech w piersi me…wraz z pierwszymi promieniami słońca obudziła się nadzieja.

Teraz myślę jaki byłby jutro świat, gdyby nie splot zdarzeń zapisany na mapie gwiazd.

sobota, 28 sierpnia 2010

Polanka


Leżę nagi…
Na puszystym dywanie trawy. Promienie słońca otulają ciepłem spragnione ciało. Zielone kłosy smagają twarz, wplatają się we włosy. Delikatny powiew gładzi skórę pieszczotą chłodu.
Leże…
Wsłuchany w symfonię rozcykanych świerszczy…szumu tańczącego w koronach drzew wiatru…śpiewu ptaków.
Leżę…
Upojony wonią kwitnących ziół…polnych kwiatów…żywicznych szyszek i nagrzanego słońcem wiatru. Zatapiam wzrok w ciepłym błękicie nieba…tonę w błogim spokoju…jestem wolny…przepełniony szczęściem po brzegi…pijany radością, pulsującą w żyłach…rozsadzającą pierś. Łapię głęboko powietrze…wciąż głodny świeżości…nienasycony. Chwytam w dłonie soczyste czupryny traw i szepczę…zaklinam…chwilo trwaj – wiecznie trwaj! Ronię łzy, kroplę małą...jestem w domu…duchem i ciałem.
Zamykam ciężkie, zmęczone powieki…powoli zapadam w głęboki sen…
   Stoję przed ścianą starego lasu, w skórę jedynie ubrany. Na wprost dwie olbrzymie, wygięte płaczące wierzby układają się w kształt łuku, przypominając bramę. Po chwili wahania przechodzę na drugą stronę. Suche liście i drobne gałązki trzaskają pod stopami. Wszystko otula niespokojny półmrok i cisza niczym niezmącona, boląca. Na niewielkim wzniesieniu, obok pokrytego zielonym korzuchem rzęsy i lilii kwiatów białych jeziora, z wilgotnego, puszystego mchu wyrastają oblepione owocami jagodzianki. Przykucam zbierając borówki. Słodycz ich soku zalewa mi usta, spływa rozkosznie do krtani. Tryska z zagryzanych warg na piersi, stopy i kolana. Jem…jem…nie mogąc się oprzeć oczarowany ich smakiem. Teraz tak do wina podobny. Upajam się nim zachłanny. Zanurzam oblepione sokiem palce w wodzie, aksamitnej i ciepłej w dotyku. Powoli cały niknę w jej ciemnej toni. W głębinie otwieram oczy. Rdzawobrunatne liście wyrastających z piaskowego dna roślin opadają i unoszą się leniwie…połyskując w smugach wpadającego światła. Pomiędzy długimi łodygami grążeli przepływają cudaczne ryby, zaskoczone moją obecnością. Wynurzam się aby zaczerpnąć powietrza. Rozkosznie szumi mi w głowie. Wszystko jakby się zmieniło…pojaśniało i rozmyło. Żółte, nakrapiane brązowymi plamkami listki brzozy wirują wokół jak motyle…powoli spadają przylepiając się do wilgotnej skóry. Niedaleko zauważyłem stojącego w przybrzeżnym sitowiu jelenia z olbrzymim porożem. Piękny i dostojny niczym duch lasu przyglądał mi się zaciekawiony. Obok niego płocha łania sierścią w kolorze miodu przybrana. Z ich dużych, żółto-brązowych ślepi wyzierał spokój. Chciałem podejść bliżej, zaczerpnąć tej mądrości, tej magii, która od nich biła. Wtedy usłyszałem szept. Z początku myślałem, że to przesłyszenie ale po chwili ponownie doszły do mych uszu wyszeptane słowa;
- choć za mną człowiecze. Czekamy na ciebie.
Rozejrzałem się dookoła wychodząc na brzeg, lecz nikogo pobliżu nie było. Coś jednak mówiło mi, że nie jestem sam. Wyraźnie czułem czyjąś obecność, wpatrzony we mnie wzrok. Poczułem się nieswojo. Dreszcz przebiegł mi po plecach. Nagle przede mną coś zamigotało jak mała iskierka. Ponownie i raz jeszcze. Po czym rozlało się niczym atrament, kolorami w powietrzu, przybierając kształt barwnej mgiełki. Posłuszny jej woli ruszyłem za nią. Niedaleko ukryta za gęstymi wysokimi paprociami i leszczynami stała niewielka polana pokryta cytrynowożółtą trawą, falującą jak morze. Z jej serca wyrastał potężny buk, którego rozpierzchła korona przysłaniała niebo, a liście połyskiwały w ciepłym blasku słońca niczym rubiny. Z pomiędzy poskręcanych, przypominających ogromne węże korzeni wyrastały kupki błękitnych fiołków. Dziwne półprzejrzyste istoty zaczęły wyłaniać się z okalającego polankę lasu. Sunęły powoli przybierając rozmaite kształty i formy. Po lewej piękna kobieta z burzą rozwianych glonów na głowie, piersiami w mieniącą łuskę zdobnymi. Zdawała się płynąć. Krągłe biodra pokryte były wijącymi stworzeniami podobnymi do pijawek, a jej spojrzenie jak błękit nieba chłodne…jak kra na rzece zimne. Po prawej w pajęcze łachmany ubrane, z bielmem na oczach, skórą jak kamień poszarzałą i wiotkimi, srebrnobiałymi włosami…zbliża się bóstwo…jak świat stare…wieki temu zapomniane. Obok ptasie dziwadło, a za nim pomniejszych cudaków gromada. A ku mnie, na wprost krokiem pewnym mężczyzna, co potężny tors, płaski, wyrzeźbiony brzuch i silne łono miedzianozłotym mchem ma porosłe. Spomiędzy tego mchu płonącego wiszą niezwykłej męskości przywary…a wzrok niczym rozżarzony węgiel…pali. Suną te leśne bóstwa i mroczne półbogi . Czuję bijącą od nich zmysłowość…tą dziką…tą pierwotną…nieokiełznaną. Zakrywam dłońmi rozpalone krocze. Dławię wstydem. Zamykam oczy…Czuję je wszystkie…jak dotykają…wiją się, ocierają. Przepływają prze ze mnie i wirują wokół.
   Budzę się rozedrgany, krew pulsuje nieznośnie w przyrodzeniu rozchodzi się korzeniami żył po ciele. Leże omdlony. Językiem zwilżam suchość warg spragnionych. Palce nieśmiało zaplatam w łona sprężyste kędziory. Zaprzepaszczam się w pieszczocie. Ginę w bezkresie łąki zielonym. Jękiem. Skórą dreszczem napiętą. Spazmem ciała rzucanym. Wytryska źródło wezbrane. Opadam doznaniem pijany. Znów zapadam w sen.
   Otwieram oczy, gdy ostanie promienie zachodzącego słońca przedzierają się przez mur drzew. Z bagien wylewa się mgła. Płaszczem białym pole zasnuwa. Chłód nadchodzącej nocy ciało otula. Ubieram się. Szczęśliwy. Czy to tylko sen? – zadaję pytanie.

   Niebawem zabiorę wszystkie sny, chwile głęboko w sercu ukryte, i powrócę tu. Drzewom się nisko pochylę. Raz jeszcze się położę. Zamknę zmęczone oczy. Wstrzymam oddech. Zblednę w świetle księżyca. Zastygnę jak wosk obok polnego kamienia. A wtedy ziemia chwyci mnie w ramiona. Do snu ukołysze…pogrzebie w ciemnym, ciepłym łonie. W korzeniach dębu ukryje. Zatrzyma na wieczność całą. A ja śnić będę nieprzerwanie, sen o starym lesie…zapomnianych bóstwach i pięknej polanie.


piątek, 13 sierpnia 2010

Bezdusze...

Bezdusze…
Ukochane bezdusze…
Magiczny skrawek ziemi zatopiony w zielonych kłosach traw…morzu ciszy. Miejsce w którym czas spowalnia bieg…a stary las śni spokojny sen…oddycha miarowo.

   Niegdyś stała tu tętniąca życiem wioska z pięknym młynem i niewielkim kościółkiem na wzgórzu. Stary bruk pamięta jeszcze stukot końskich kopyt…turkot drewnianych kół…w starym sadzie niedaleko strumienia usłyszeć jeszcze można nikły szept zakochanych…echo radosnych śmiechów bawiących się dzieci. W latach sześćdziesiątych tereny te przejęło wojsko…tworząc tam część poligonu drawskiego…wszystkich mieszkańców przesiedlono…połowę wioski wysadzono w powietrze podczas kręcenia filmu „Kierunek Berlin” i „Jarzębina czerwona”…reszta domostw zniknęła w ciągu jednej nocy…wyburzona przez żołnierzy…wszystko przepadło…bezpowrotnie…

Pozostał tylko jeden dom, którego dawni mieszkańcy nie zgodzili się odejść i pozostali pomimo grożącego im niebezpieczeństwa. Dziś nie ma ich wśród nas…odeszli. A dom stoi tak jak stał, stary i samotny…pełen tajemnic. Siedzę w nim teraz…popijam gorącą kawę…spoglądam na ogień palący się pod kuchnią i uśmiecham się do wspomnień, a przez te wszystkie lata spędzonych tu wakacji i urlopów nazbierało się ich wiele. Uśmiecham się i smucę w głębi serca, gdyż istnieje ponura wizja, iż jest to ostatni czas, kiedy mogę cieszyć się pobytem tu. Wojsko ponownie upomina się o tę ziemię…ten mały skrawek…ten dom. Jeśli wyrok Sądu będzie na jego korzyść…po latach dom podzieli los starej wioski. Wyburzony odejdzie w niepamięć…

Niewypowiedziana byłaby to strata…ogromna szkoda…bo jak każdy stary dom ma tyle do opowiadania. Gdy gładzę dłonią chłodną ścianę…czuję energie z niej bijącą…zaklęty w niej czas…przeszłość zapisaną w cegłach. Zamykam oczy…biorę głęboki wdech…wchłaniam każdą komórką ciała tą atmosferę…pod powiekami przemykają fragmenty życia…tych, którzy tu mieszkali…pomarli…czuję emocję, które nimi targały…od euforii aż po łzy. Domy są jak ludzie…dzielą się na dobre i złe…nie, to złe słowa; przyjazne i nieprzyjazne…te drugie straszą niechcianych gości pustymi oknami z wyszczerzonymi zębami powybijanych szyb…obskurnymi, obdartymi ścianami...girlandami pajęczyn zwisającymi z sufitów…powiewającymi niczym stare łachmany przy każdym podmuchu…skrzypieniem desek…wiatrem wyjącym w szczelinach i warczeniem drzwi…a jeśli to nie wystarcza…czasami budzą zmarłych…przywołują… by Ci policzyli się z nami.

Tu na Bezduszu wiele jest duchów. Nocami chadzają po strychu szorując podeszwami butów nad sufitem…jęczą stopniami starych, drewnianych schodów prowadzących z piętra do kuchni…czasami szepczą…chichoczą…przemykają obok pozostawiając za sobą lodowaty powiew…bez nich było by pusto… są częścią tego domu…życia mego…w pewien sposób rodziną…

Pierwszy sen, jaki śniłem będąc na Bezduszu pamiętam do dziś…choć wiele lat już upłynęło. Byłem nad jeziorem…mgła unosiła się nad spokojną taflą wody…nagle pod nogami woda dziwnie zadrgała…spieniła…wypluwając dziesiątki drobnych bąbelków…położyłem się na pomoście i dłonią odgarnąłem pianę…dostrzegłem coś na dnie…z początku nie potrafiłem określić co to…po chwili ujrzałem dokładnie…ciało zwinięte w pozycji embrionalnej…leżące plecami w dół…był to młody mężczyzna o długich włosach…rękoma oplatał kolana…twarz miał spokojną jakby spał…i nagle otworzył oczy…spojrzał na mnie mętnym, szklistym wzrokiem…

Kilka lat później…pięknym lipcowym popołudniem…po cudownej kąpieli w ukochanym mym jeziorze…postanowiłem pójść do domu na skróty…niedaleko w krzakach, pod wielkimi iglakami moje stopy zapadły się po kostki w piachu…poczułem się nieswojo…spojrzałem w dół…ziemia wokół mych nóg przypominała kształtem mogiłę…przeczucie mówiło mi, że stoję na grobie…nigdzie jednak nie było krzyża…dopiero kawałek dalej, obok starej lukrecji, ujrzałem ukryte pod splotami bluszczu stare porozrzucane nagrobki...
Tego samego dnia siedziałem przy kolacji w kuchni z ostatnią żyjącą jeszcze mieszkanką Jaworza i jej wnuczką - moją najlepszą przyjaciółką i najbliższą mi osobą. Pani Kasia opowiadała o dawnym życiu, wiosce, ludziach w niej mieszkających…o starym krzyżu stojącym na rozstaju dróg, gdzie po północy pokazywała się biała, mglista zjawa…wszyscy unikali tego miejsca…bali się…lecz pewnej nocy jeden z mieszkańców innej wioski wracał do domu po zakrapianej imprezie…dochodził właśnie na rozstaje dróg gdy ukazał mu się duch…przestraszony wieśniak wytrzeźwiał w net…przeżegnał się i ruszył do ucieczki…za sobą usłyszał dziękujący głos kobiety…obejrzał się …zjawa rozmyła się w powietrzu i nigdy więcej tam jej nie widziano…

Zawsze lubiłem takie opowieści…kiedy byłem dzieckiem…dziadek mój ukochany wieczorową porą zaparzał sobie kubek gorącej herbaty, kładł na stole talerz pełen wafli przełożonych dżemem, ciastka i dzbanek zbożowej kawy z mlekiem. W rogu pokoju paliła się nocna lampka…wielki, ciężki abażur otulał pomieszczenie ciepłym, pomarańczowo – czerwonym światłem…dym babcinego papierosa kłębił się w powietrzu. Dziadzio rozsiadał się wygodnie w dużym fotelu…kilkakrotnie odchrząkał…po czym z namiętnością oddawał się snuciu opowieści. Ach jak pięknie, jak obrazowo opowiadał. Zdawało mi się, że jestem tam…uczestniczę w tych wydarzeniach. Z rozdziawioną buzią słuchałem…przeżywałem i wchłaniałem…czas leciał i nim się obejrzeliśmy babcia spała wraz z resztą wnuków pozwijanych w kłębki na podłodze…na zegarze czwarta rano. Kiedy kładłem się do łóżka, marzyłem, że jak dorosnę…będę podróżował po Polsce zatrzymując się w sennych miasteczkach , wsiach, by słuchać opowieści starych ludzi, a następnie spisywać je, by nie poszły w zapomnienie…niestety nie spełniło się…choć wciąż jeszcze mam czas…mogę ruszyć w drogę…kto wie czy tego nie zrobię…

Ale powracając do Bezdusza, babci Kasi, Moniki i kolacji…podczas rozmowy opowiedziałem o dziwnym śnie z topielcem. Monika wiedziała o nim wcześniej, babia nie…zdziwiona spojrzała na mnie i odrzekła…że był taki chłopak…utonął przy pomostach…wyciągnięto go - leżał w takiej właśnie pozycji z rękoma oplecionymi wokół kolan…wszyscy się dziwili…niedowierzali. Nazywał się Brzozowski...spoczywa nad jeziorem…na starym cmentarzu…w mogile bez krzyża…dokładnie tam, gdzie zapadłem się po kostki w ziemię. Teraz ma już swój piękny krzyż zbity z brzozy…czasami zachodzę tam…kładę bukiet polnych kwiatów…uśmiecham się do niego…i pytam co chciał mi powiedzieć?...przed czym ostrzec?...zadał sobie przecież wiele trudu by odnaleźć drogę do mojego snu…ale tego pewnie nie dowiem się nigdy...





Stara,  poczciwa studnia z wodą czystą jak łaza...
Kuchnia na drewno i węgiel...
Jezioro Trebuń Mały...
Stodoła...
Dom...
Las...